Andy Weir. "The Martian".
data pierwszego wydania: 23.09.2012 r.
stron: 369
przeczytane: 15.01.2013 r., 03.05.2014 r.
Skarb ten odkryłem nieco ponad rok temu. Skarb to nieziemski - dosłownie i w przenośni. Ale po kolei. Aby zrozumieć, dlaczego sam sobie funduję spoiler i już na początku recenzji zdradzam jej konkluzję, musimy cofnąć się aż do wczesnych lat dziewięćdziesiątych, kiedy to jako mały dzieciak otrzymałem w prezencie od dziadka mocno sfatygowany egzemplarz "Tajemniczej wyspy" Verne'a. To był prawdziwy nokaut. Od tamtej pory do historii inżyniera Cyrusa Smitha i jego szlachetnych kolegów wracałem dosłownie z milion razy, a dziadkowy upominek wygląda obecnie jakby sam został odnaleziony na jakimś karaibskim archipelagu w spróchniałej skrzyni ukrytej dwa metry pod ziemią. Fascynację tę podziela moja małżonka, u której myśl o nieszczęsnych rozbitkach, zmuszonych do polowania na dziką zwierzynę za pomocą narzędzi wyżłobionych z bambusowej witki oraz rozpalania ognia przy użyciu nieśmiertelnej hubki i krzesiwa wywołuje niezdrowe podniecenie. Nie jesteśmy sami, o czym świadczy ogromny sukces powieści Verne'a, jak również Robinsona Crusoe czy też pewnego kapitalnego filmu z Tomem Hanksem w roli głównej.
I tu na scenie pojawia się Andy Weir - debiutant, którego książkę ściągnąłem za darmo z jego strony internetowej, zanim jeszcze zdecydował się w ogóle na jej komercyjną publikację. Ściągnąłem, przeczytałem i oniemiałem. A teraz przeczytałem jeszcze raz. I za rok zamierzam zrobić to po raz kolejny. I tak milion razy. Weir dokonał rzeczy wręcz niebywałej i zarazem bardzo ryzykownej. Klimat i magię "Tajemniczej wyspy" udało mu się przeszczepić na grunt współczesny, sięgając po rozwiązania leżące na granicy hard science fiction. Efektem końcowym jego pracy jest jedna z najlepszych powieści "survivalowych" jakie kiedykolwiek powstały, która ustępuje wyłącznie swojemu szlachetnemu pierwowzorowi, liczącemu sobie już ponad 140 lat.
Już prędko wyjaśniam, o co tu w ogóle chodzi. Książka opowiada o projekcie Ares-3 - trzeciej z kolei załogowej misji na Marsa, którą organizuje w niedalekiej przyszłości NASA. Operacja zakłada lądowanie sześcioosobowej załogi na powierzchni czerwonej planety, pobranie szeregu próbek i wykonanie licznych badań a następnie powrót na orbitę za pomocą wysłanego już wiele miesięcy wcześniej ustrojstwa o nazwie Mars Ascent Vehicle. Stamtąd macierzystym promem "Hermes" wszyscy udadzą się bezpiecznie na Ziemię, gdzie czekają na nich odznaczenia, uścisk dłoni prezydenta i tłumy półnagich wielbicielek. Prawa Murphy'ego są jednak jak wiemy bezlitosne i jeśli coś może pójść nie tak, to zazwyczaj właśnie tak się dzieje. Mamy więc gigantyczną burzę piaskową, podczas ewakuacji dochodzi do wypadku, jeden z astronautów zostaje wśród zamieci przygwożdzony anteną komunikacyjną, reszta załogi przekonana o jego natychmiastowej śmierci opuszcza powierzchnię Marsa nie mając czasu nawet na poszukiwanie zwłok pośród zerowej widoczności. Misja kończy się fiaskiem.
Gdy Mark Watney po paru godzinach odzyskuje przytomność, jego sytuacja nie przedstawia się więc szczególnie optymistycznie. Jest całkowicie sam na powierzchni planety oddalonej o grubo ponad 50 milionów kilometrów od Ziemi. Wszyscy członkowie ekspedycji oraz centrum dowodzenia misją uznali go oficjalnie za zmarłego. Nie posiada żadnej łączności z kimkolwiek - antena umożliwiająca wymianę wiadomości radiowych przed chwilą o mało nie roztrzaskała go na miazgę i sama obecnie jest w stanie zaawansowanego rozpadu. Zróbmy krótką inwentaryzację. Watney ma na sobie kombinezon, który cudem uniknął dekompresji. W okolicy pozostał tak zwany "Hab", czyli namiot ciśnieniowy z podstawową aparaturą podtrzymującą życie, do tego resztki lądownika MDV i rakiety MAV oraz dwa łaziki. Wokół pozbawiona jakiegokolwiek życia pustynia i atmosfera złożona z dwutlenku węgla o temperaturze minus sześćdziesięciu stopni. W "Habie" pozostały racje żywności na kilka miesięcy, trochę wody w zamkniętym obiegu i urządzenie produkujące tlen z marsjańskiej atmosfery. Co dalej, panie Watney?
Nasz kosmonauta musi więc kreatywnością przebić samego MacGyvera i z prawie niczego stworzyć mini-kolonię na powierzchni obcego globu. Dokonuje więc prawdziwych cudów, zużywając w tym celu kilometry taśmy klejącej i wyczarowując wodę z paliwa rakietowego. Przy tym wielokrotnie cudem udaje mu się uniknąć tragicznej śmierci w wyniku eksplozji, pożaru, dekompresji, uduszenia tudzież porażenia prądem. W tle zaś cały czas przewija się pytanie - jak wydostać się z bezludnej, pustynnej planety? Zaznaczam że książka trzyma cały czas w takim napięciu, że można nabawić się problemów ze snem lub zacząć obgryzać paznokcie. Stosowane sztuczki są w sumie nawet przewidywalne - doskonale wiemy, że już zaraz, już za moment coś pójdzie nie tak. Jednak autor jest tak nieskończenie kreatywny w wynajdywaniu coraz to nowszych zagrożeń dla naszego śmiałka, że nigdy nie wiadomo skąd spadnie następny cios. Dodajmy do tego fakt, że powieść napisana jest w pierwszej osobie w formie dziennika, nafaszerowanego niesamowicie zabawnym wisielczym humorem faceta, którego szanse przeżycia wynoszą nie więcej niż pół procenta. To wszystko sprawia, że przez całe 369 stron trzymamy mocno kciuki za Watneya, zastanawiając się wciąż "jak on do cholery z tego wybrnie??". I wcale nie jest powiedziane, że opowieść kończy się happy endem. Ja w każdym razie na pewno nie zepsuję wam zabawy i nic już więcej nie powiem.
Tyle moich przemyśleń. Zabierajcie się czym prędzej do lektury, bo każdy dzień bez "Martiana" jest dniem straconym.
Moja ocena: 6+/6.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2013. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2013. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 6 maja 2014
piątek, 3 stycznia 2014
Nuda w krainie wiecznego lodu. Dan Simmons "Terror".
Dan Simmons "Terror"
tytuł oryginału: "The Terror"
data wydania: 08.01.2007 r.
liczba stron: 784 (Kindle edition)
wydawca: Little, Brown & Co.
przeczytane: 12.12.2013 r.
tytuł oryginału: "The Terror"
data wydania: 08.01.2007 r.
liczba stron: 784 (Kindle edition)
wydawca: Little, Brown & Co.
przeczytane: 12.12.2013 r.
Połowa maja 1845r. Z brytyjskiego
portu Greenhithe wyruszają w morze dwa okręty - HMS Erebus i HMS Terror. Na ich pokładzie nieprzebrane ilości zapasów oraz
134 ludzi zdeterminowanych aby jako pierwsza ekspedycja w historii
przedrzeć się przez zdradzieckie arktyczne tereny na północ od
współczesnej Kanady i tym samym odkryć nową drogę morską
łączącą Atlantyk i Pacyfik. Dowódcą wyprawy mianowano
doświadczonego w polarnych wojażach Sir Johna Franklina, statki
wyposażono w nowoczesne jak na tamte czasy technologie, mające
umożliwić bezpieczne forsowanie zalegającego położone na
dalekiej północy cieśniny lodu – sukces, chwała odkrywcy,
ordery i zaszczyty były niemal na wyciągnięcie ręki.
Nikt z ludzi wiwatujących na cześć
Franklina w ten majowy poranek nie podejrzewał, że ani kapitana,
ani jego załogi, ani okrętów nie zobaczą już nigdy. Ekspedycja
przepadła jak przysłowiowy kamień w wodę i trzy lata później,
wiosną 1848r., brytyjska admiralicja podjęła pierwsze czynności
poszukiwawcze. Od tego czasu minęło już ponad 160 lat, liczne
ekipy badawcze starały się odnaleźć ślady, wraki statków,
zwłoki czy notatki. Organizowano wyprawy drogą morską jak i
lądową. Ostatecznie udało się z grubsza ustalić jaki los spotkał
pechowego kapitana i jego ludzi – oba okręty utknęły na amen w
pokrywie lodowej nieopodal Wyspy Króla Williama, tam załogi
spędziły niemal dwa lata, a gdy zaczęło powoli brakować im
zapasów – podjęły próbę dotarcia na zamieszkane obszary drogą
lądową. Ostatecznie zginęli wszyscy – z głodu, z zimna,
osłabienia i chorób. Szczątków HMS Terror i HMS Erebus nie
odnaleziono do dziś.
Historia ta wydaje się wymarzoną bazą
dla trzymającej w napięciu powieści – wystarczy wyobrazić sobie
bezmiar lodowego pustkowia, trwającą bez przerwy noc, marynarzy
walczących o przetrwanie w miejscu gdzie nie ma niczego i nikogo.
Wyzwanie zdecydował się podjąć Dan Simmons – autor znany
chociażby z bestsellerowych fantastycznych cykli „Hyperion” i
„Ilium”. Autor dokonał jednak ciekawego i zaskakującego zabiegu
– losy ekspedycji Franklina przedstawił w konwencji horroru,
włączając do zbioru katastrof elementy nadprzyrodzone – tak,
jakby mróz, szkorbut i brak żywności nie stanowiły
wystarczającego problemu. Na podróżników poluje tajemniczna,
kryjąca się wśród lodowych szczelin i wiecznej ciemności istota.
Nie wiadomo kim lub czym jest intruz, dlaczego prześladuje
polarników i co najważniejsze – jak podjąć z nim walkę.
Pomysł rewelacyjny, kapitalne
wykorzystanie konwencji „historical fiction” - mocne osadzenie
książki w realiach, ale nie na tyle mocne aby zepsuć sobie zabawę
zbytnim przywiązaniem do faktów. Barwne tło, cała gama bohaterów
z krwi i kości, z rzeczywistymi życiorysami, cechami charakteru i
charakterystycznymi szczegółami. Wydaje się, że to niezawodna
recepta na sukces. Niestety w tym przypadku wykonanie zawiodło i
powstała książka, która otarła się o „bardzo dobrze” i
ostatecznie wylądowała na „dość słabo”. W czym problem?
Po pierwsze w długości. Żeby było jasne – uwielbiam
tysiącstronnicowe kolosy przypominające formatem nowojorską
książkę telefoniczną, jednak w tym przypadku mamy zdecydowany
przerost formy nad treścią. Tempo akcji w wielu momentach
zwalnia poniżej mojego progu tolerancji. Długości tej powieści
nie da się uzasadnić natłokiem pomysłów, bo część sekcji
naprawdę można by pominąć lub najzwyczajniej w świecie
skompresować do kilku stron zamiast trzydziestu lub czterdziestu.
Tak więc zabierając się za „Terror” bądźcie przygotowani na
sporo rozdziałów przez które będziecie przebijać się równie
mozolnie jak ekipa Franklina przez skute lodem pustkowia. Ja w każdym
razie widząc magiczne słowa „the end” wyraźnie odetchnąłem z
ulgą – to nie świadczy o książce najlepiej.
Kolejny minus – tym razem już
bardziej subiektywny – za zbyt szybkie odkrywanie kart przez
autora. Tajemniczego potwora mamy podanego na tacy niemal od samego
początku, o ile lepiej byłoby wątek ten włączyć dopiero w
dalszej części opowieści... Budowanie napięcia zawodzi zresztą
nie tylko w tym sensie. Niejednokrotnie podczas lektury spotkacie się
z sytuacją, gdy budowana w pocie czoła przez pięćdziesiąt stron
scena kończy się niewypałem – anglojęzyczni nazywają to ładnie
„anticlimax”. Robiący większe wrażenie zwrot akcji pojawia się
moim zdaniem tylko dwukrotnie, w dalszej części książki, ale nie
wchodźmy w szczegóły aby nie psuć wam chociaż tej odrobiny
zabawy.
Krótko podsumowując – pomysł
dobry, wykonanie takie sobie. Jeśli interesują was tematy
marynistyczno-podróżnicze, przeczytajcie, w przeciwnym razie można
sobie darować.
Moja ocena: 2+/6
czwartek, 2 stycznia 2014
Wiedźmin: reaktywacja. Andrzej Sapkowski "Sezon burz".
Andrzej Sapkowski "Sezon burz"
data wydania: 05.12.2013r. (e-book), 06.11.2013r. (okładka miękka)liczba stron: 572
wydawca: superNOWA
przeczytane: 16.11.2013r.
Wielotomowy cykl opowieści o
wiedźminie Geralcie wspominam z dużą dozą sentymentu. Lata
dziewięćdziesiąte to czasy mojej wielkiej fascynacji "papierowymi" grami RPG oraz literaturą fantasy - wtedy spod znaku Ursuli K. Le
Guin, Raymonda E. Feista czy Michaela Moorcocka. Powstający w
tamtych czasach siedmioczęściowy tasiemiec Sapkowskiego wstrzelił
się więc idealnie w moje zainteresowania oraz wywrócił do góry
nogami komfortowy światek "średniowiecznej" fantastyki nie
wyłamującej się zbytnio z post-tolkienowskiej konwencji. Okazało
się nagle, że główni bohaterowie mogą mieć motywacje o wiele
bardziej przyziemne niż ocalenie świata przed zagładą, mogą
przeklinać, popełniać błędy i podejmować złe decyzje czy
zabijać z zimną krwią w imię własnych interesów. Elfy mogą być
okrutną i ksenofobiczną rasą zamkniętą w kręgu swoich
uprzedzeń, a krasnoludy mogą oddawać się pijaństwu i hazardowi
niczym, nie przymierzając, osiedlowi menele. Andrzej Sapkowski stał
się więc jednym z prekursorów tak obecnie modnego za sprawą "Game
of Thrones" nurtu mrocznej i naturalistycznej fantasy.
Dość jednak o wiedźminie sprzed
ponad 10 lat - zamierzam do niego jeszcze niedługo wrócić i
zweryfikować swoje młodzieńcze fascynacje, wtedy też z pewnością
powstanie jakiś obszerny post. Porozmawiajmy raczej o wiedźminie
współczesnym... który wziął wszystkich z zaskoczenia. Zważając
na zakończenie sagi oraz na wypowiedzi samego autora, mało kto
spodziewał się kontynuacji przygód Geralta. Z drugiej strony także
mało kto spodziewał się spektakularnego światowego sukcesu
komputerowej adaptacji - wydane w latach 2007 oraz 2011 przez CD
Projekt RED gry mocno zatrzęsły branżą i przyniosły deweloperowi
gigantyczne zyski. Podejrzewam więc, że niebagatelne znaczenie dla
reaktywacji cyklu miał aspekt biznesowy. Moje obawy o to, że mamy
do czynienia z typowym "skokiem na kasę" były więc silne, lecz na
szczęście jak się okazało raczej nieuzasadnione - "Sezon
Burz" to książka całkiem przyzwoita.
Wstrząsu na miarę "Krwi Elfów"
i natychmiastowej wpisania do kanonu klasyków spodziewać się nie
należy. Nowy tom nie ma już takiej świeżości, nie charakteryzuje
się aż takim rozmachem oraz - to mój podstawowy zarzut - trochę
kuleje w kwestii prezentacji bohaterów, którzy dawniej byli
niesamowicie wyraziści i żywi, mieli swoje motywacje i swoje
naprawdę niełatwe dylematy, teraz wydają mi się przedstawieni
dosyć dwuwymiarowo - ot, Jaskier brzdąka na lutni, czarodziejki
zasadzają się na cnotę Geralta a czarny charakter zabija bo jest
zły. Brakuje mi prawdziwie diabolicznego Vilgefortza, Ciri -
rozdartej i zbuntowanej nastolatki, dziwacznego Regisa - przykłady
można by mnożyć. To samo można powiedzieć o bohaterach
pobocznych - dawny cykl prezentował nam cały poczet królów,
magów, szpiegów i innych szemranych postaci, obecnie dramatis
personae - że się tak uczenie wyrażę - spowadza się do
kilkunastu pozycji. Otrzymujemy więc książkę bliższą pierwszym
opowiadaniom Sapkowskiemu (tomy “Miecz Przeznaczenia" i
"Ostatnie Życzenie") niż późniejszemu pięcioczęściowemu
cyklowi.
Tyle krytyki, teraz może nieco o
pozytywach. Przede wszystkim, Sapkowski nadal wie jak konstruować
dobre dialogi. Są żywe, często dowcipne i pełne słowiańskich
smaczków - życzę powodzenia tłumaczowi. Każdy bohater ma swój
styl i jest rozpoznawalny. Co jeszcze? Nikt chyba nie będzie
zaskoczony, jeśli powiem że mocnym punktem książki są sceny
walki - autor zawsze w tej kwestii prezentował bardzo mocny warsztat
i tym razem też bynajmniej nie rozczarowuje. Krwawe popisy Geralta
nadal robią wrażenie i wywołają dreszczyk satysfakcji u każdego
miłośnika średniowiecznej batalistyki. Przede wszystkim, jak za
dawnych lat, autor doskonale potrafi oddać zimne okrucieństwo i
kontrolowaną agresję Wiedźmina, który sprowokowany staje się
niczym niebacznie nadepnięta kobra. W tej dziedzinie z Sapkowskim
rywalizować jest ciężko - ze znanych mi pisarzy potrafi to
właściwie tylko Abercrombie, którego "scena z monetą" w "Best
Served Cold" jest moim osobistym punktem odniesienia w tej
dziedzinie.
I tak oto dobrnęliśmy do końca tejże
recenzji i do nieuchronnej konkluzji - czy warto skusić się na "Sezon
Burz" i czy powrót po latach nie zakończył się, jak to
często w życiu bywa, niesmakiem i rozczarowaniem. Odpowiem tak -
dwa razy nie wchodzi się do tej samej rzeki i takiego Geralta jak
kilkanaście lat temu już nie ma i nie będzie. Obyło się jednak
bez obciachu i powstała całkiem znośna lektura po którą warto w
wolnej chwili sięgnąć.
Moja ocena: 3+/6
Subskrybuj:
Posty (Atom)


