Anthony Ryan. "Blood song".
(Raven's shadow #1)
data pierwszego wydania: 22.01.2012 r.
stron: 592
przeczytane: 11.07.2014 r.
Parę miesięcy temu rozpływałem się w zachwytach nad atomowym debiutem Patricka Rothfussa (listę pochwał znajdziecie W TYM MIEJSCU), ubolewając zarazem, że pewnie nieprędko będę mieć okazję przeczytać coś równie dobrego i równie wciągającego. Z pomocą pospieszył jak zwykle niezawodny Goodreads i nakierował mnie na Anthony'ego Ryana, który od czasu opublikowania w 2012 roku swojej pierwszej powieści zatytułowanej "Blood song" zdołał już zyskać uznanie tysięcy fanów na całym świecie. Znajomość z Ryanem postanowiłem odłożyć nieco w czasie i cierpliwie poczekać na ukazanie się drugiego tomu serii - każdy, kto ogląda seriale hurtem dopiero po zakończeniu sezonu z pewnością mnie zrozumie. Długo wyczekiwana premiera miała miejsce nieco ponad tydzień temu i w efekcie wreszcie mogłem śmiało zanurzyć się w świeżym, pachnącym jeszcze nowością świecie fantasy.
Wspólne cechy z sagą o Królobójcy ewidentne są już od pierwszych linijek. Szkielet na którym opiera się fabuła jest bardzo podobny - młody chłopak obdarzony licznymi talentami rozpoczyna niemiłosiernie trudną edukację, która w ogniu licznych prób i testów ma przekuć go w kogoś wyjątkowego. U Rothfussa Kvothe pragnął zostać magiem i poznać tajemnicze imię wiatru. Tutaj Vaelin Al Sorna dokonuje rzeczy niemożliwych aby stać się jednym z braci-wojowników w szeregach tak zwanego "sixth order", czyli w wolnym tłumaczeniu "szóstego zakonu" - elitarnego zbrojnego ramienia zjednoczonego królestwa. Zakonów, tudzież "orderów", jest w wyimaginowanym świecie oficjalnie sześć, nieoficjalnie siedem. Każdy z nich służy religijnym ideałom, jak i interesom państwa, jeden jako zgromadzenie uczonych, inny jako swego rodzaju służba zdrowia, jeszcze inny tropi zawzięcie heretyków. I tak dalej.
Obaj młodzieńcy mają przed sobą wyjątkową przyszłość. Dlaczego Kvothe nosi takie a nie inne miano? Czemu jest tak sławny? Tego dowiemy się gdy tylko Patrick Rothfuss zabierze się w końcu do roboty i ukończy trzeci tom serii. W przypadku Vaelina pewne skrawki informacji otrzymujemy już od pierwszych stron, kiedy to głównego bohatera poznajemy jako trzydziestoletniego mężczyznę relacjonującego historię swojej chwały i swojego upadku imperialnemu kronikarzowi. Z rozdziału na rozdział śledzimy jego rozwój - od przerażonego dziesięciolatka po zabójczo skutecznego młodego wojownika, który jest gotów aby wziąć los w swoje ręce. Al Sorna staje się najlepszym adeptem zakonu i zarazem narzędziem w rękach samego króla. A to dopiero początek. Nadchodzi wojna, w której Vaelin i jego towarzysze odegrają kluczową rolę.
Niestety, ja osobiście mam z całą tą konstrukcją pewien problem. Otóż wybuchowa i spektakularna kariera Vaelina, stanowiąca w zasadzie fundament na którym została zbudowana cała powieść, wydaje się bardzo mocno naciągana. O ile protagonista Rothfussa był naprawdę cudownym dzieckiem, niemal połączeniem Leonarda da Vinci, Mozarta i Newtona, o tyle al Sorna nie wykazuje przez znaczną część książki żadnych niespotykanych uzdolnień poza dość dużym talentem do obsługi miecza i innych ostrych narzędzi. Nie przeszkadza mu to, aby zostać niemal z urzędu wytypowanym na przyszłego następcę Aspekta - najbardziej wpływowego człowieka w całym zakonie. Także sam król, przedstawiony jako osoba bardzo sprytna i szatańsko wręcz przenikliwa, niewiele myśląc czyni Vaelina swoim zaufanym agentem i powierza mu istotne misje. Mnie taka pchana na siłę do przodu konstrukcja nie przekonuje. Jeszcze bardziej naiwny jest wątek talentu magicznego głównego bohatera, który ujawnia się w późniejszej części opowieści. Talent ten, zbliżony nieco do jasnowidzenia, prowadzi go niemal jak po sznurku od punktu A do punktu B, działając jako bezczelny deus ex machina, gdy fabuła natrafia na wąskie gardło.
Cóż, lubię się czepiać i lubię historie płynące w naturalny sposób, bez popychania ich na siłę za pomocą różnych topornych zabiegów. Ale moja upierdliwość nie zmienia jednak faktu, że powieść jest wciągająca, trzymająca w napięciu i fantastycznie napisana. Jeśli żelazną logikę odwiesicie na chwilę na kołek i zignorujecie czasem grubymi nićmi szyte zwroty fabuły, które nakreśliłem w poprzednim paragrafie, to przed wami kilkaset stron książki akcji naprawdę wysokiej próby. Tajemnica kryje się jak zwykle w narracji, Ryan pisze w na tyle ciekawy sposób, że można mu różne koncepcyjne potknięcia wybaczyć. Potrafi zaskakiwać, budować napięcie, kontrolować tempo, generalnie czuje się swobodnie jak stary wyjadacz, który ma za sobą całe dziesięciolecia twórczości a nie jak prawie że żółtodziób z zerowym dorobkiem literackim. Brawo.
Stosując wdrożoną w recenzji "Imienia wiatru" pseudo-skalę dałbym powyższej książce jakieś 0.85 "Rothfussa". Powieść o Królobójcy jest w moim odczuciu o całą ligę lepsza, ale dzieło Anthony'ego Ryana zasługuje na bardzo mocną piątkę.
Moja ocena: 5/6
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantastyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantastyka. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 14 lipca 2014
środa, 9 lipca 2014
Mroczne oblicze legendy. Bernard Cornwell "Zimowy monarcha".
Bernard Cornwell. "Zimowy monarcha".
data pierwszego wydania: 15.04.1997 r,
stron: 448
przeczytane: 06.07.2014 r.
Z legendą o królu Arturze i rycerzach okrągłego stołu zetknęliście się pewnie niejednokrotnie. Nieraz słyszeliście o Świętym Graalu, zatopionym w kamieniu mieczu, Pani Jeziora, zamku Camelot, Galahadzie, Lancelocie i Merlinie. Wojownicy Artura stanowią zgodnie z konwencją ucieleśnienie wszelkich cnót, wzór honoru i odwagi, paradują na białym rumaku w wypolerowanych zbrojach i przelewają krew w obronie czci dam.
Jeśli w arturiańskich legendach tkwi choćby małe ziarnko prawdy i bohaterowie tych opowieści nie są całkowicie fikcyjni, to rzeczywistość, jak to zwykle bywa, najprawdopodobniej przedstawiała się nieco mniej cukierkowo. Z takiego założenia wyszedł Bernard Cornwell, znany i wybitny autor, którego można śmiało określić mianem celebryty gatunku "historical fiction". Postanowił on przygody Artura odmalować w sposób do bólu realistyczny, pokazując bez żadnej cenzury twarde i nieludzkie realia mrocznych wieków.
Przenosimy się więc na Wyspy Brytyjskie, jest przełom piątego i szóstego stulecia po Chrystusie, czas chaosu, przemocy i degeneracji. Rzymskie imperium pogrążyło się w niebycie, strawione przez wewnętrzne choroby i ostatecznie zgładzone przez barbarzyńców. Cywilizacja chyli się ku upadkowi, nikt już nie umie budować dróg i akweduktów, nikt nie zajmuje się literaturą i filozofią. Jedynym rzemiosłem, które rozwija się w nieskrępowany sposób jest wojna, jedynym prawem jest prawo siły. Ziemie brytyjskie uginają się pod naporem inwazji prymitywnych i brutalnych Saksonów, władcy pojedyńczych mniejszych i większych leżących na wyspach królestw nie potrafią wznieść się ponad podziały i wspólnie stawić czoła najeźdźcom, równolegle toczą się więc krwawe walki o dominację wśród Brytów.
Aż się prosi by powiedzieć, że w tym miejscu pojawia się heroiczny Artur, który w imię wyższych idei jednoczy zwaśnionych królów i wodzów, by stanąć naprzeciwko barbarzyńskiej fali. Ale nie tym razem, nie w tej powieści. Artura poznajemy w roli opiekuna Mordreda, nieletniego następcy tronu jednego z konkurujących o supremację państw brytyjskich. Nasz dzielny rycerz chciałby zjednoczyć ludność wysp pod jednym sztandarem i dzięki temu raz na zawsze odeprzeć Saksonów, na drodze do sukcesu stają mu jednak intrygi, animozje, niepohamowana żądza władzy oraz Ginewra - prawdziwa femme fatale, za której sprawą Artur traci głowę, zrywa ważne politycznie zaręczyny i doprowadza w ten sposób do krwawej rzezi. Jak potoczą się więć ostatecznie losy Brytów? Czy uda się powstrzymać najeźdźców? Tego nie dowiadujemy się w pierwszym tomie, stanowi on zaledwie ekspozycję i wprowadzenie do całej arturiańskiej trylogii.
Książka jest napisana w dość specyficzny sposób, stosunkowo chaotyczną i bałaganiarską narrację w pierwszej osobie prowadzi Derfel Cadarn, jeden z wojowników walczących u boku Artura. Gdyby powieść wyszła spod pióra Abercrombiego z jego mistrzowskimi dialogami i pięknie uporządkowaną strukturą, to pewnie ocena byłaby znacznie wyższa, sposób pisania Cornwella nie przypadł mi jakoś szczególnie do gustu. Mam zamiar jednak sięgnąć po kolejną część, bo sama fabuła jest niezwykle ciekawa a zamiłowanie autora do mediewistycznych szczegółów idealnie trafia w moje zainteresowania.
Moja ocena: 4-/6
data pierwszego wydania: 15.04.1997 r,
stron: 448
przeczytane: 06.07.2014 r.
Z legendą o królu Arturze i rycerzach okrągłego stołu zetknęliście się pewnie niejednokrotnie. Nieraz słyszeliście o Świętym Graalu, zatopionym w kamieniu mieczu, Pani Jeziora, zamku Camelot, Galahadzie, Lancelocie i Merlinie. Wojownicy Artura stanowią zgodnie z konwencją ucieleśnienie wszelkich cnót, wzór honoru i odwagi, paradują na białym rumaku w wypolerowanych zbrojach i przelewają krew w obronie czci dam.
Jeśli w arturiańskich legendach tkwi choćby małe ziarnko prawdy i bohaterowie tych opowieści nie są całkowicie fikcyjni, to rzeczywistość, jak to zwykle bywa, najprawdopodobniej przedstawiała się nieco mniej cukierkowo. Z takiego założenia wyszedł Bernard Cornwell, znany i wybitny autor, którego można śmiało określić mianem celebryty gatunku "historical fiction". Postanowił on przygody Artura odmalować w sposób do bólu realistyczny, pokazując bez żadnej cenzury twarde i nieludzkie realia mrocznych wieków.
Przenosimy się więc na Wyspy Brytyjskie, jest przełom piątego i szóstego stulecia po Chrystusie, czas chaosu, przemocy i degeneracji. Rzymskie imperium pogrążyło się w niebycie, strawione przez wewnętrzne choroby i ostatecznie zgładzone przez barbarzyńców. Cywilizacja chyli się ku upadkowi, nikt już nie umie budować dróg i akweduktów, nikt nie zajmuje się literaturą i filozofią. Jedynym rzemiosłem, które rozwija się w nieskrępowany sposób jest wojna, jedynym prawem jest prawo siły. Ziemie brytyjskie uginają się pod naporem inwazji prymitywnych i brutalnych Saksonów, władcy pojedyńczych mniejszych i większych leżących na wyspach królestw nie potrafią wznieść się ponad podziały i wspólnie stawić czoła najeźdźcom, równolegle toczą się więc krwawe walki o dominację wśród Brytów.
Aż się prosi by powiedzieć, że w tym miejscu pojawia się heroiczny Artur, który w imię wyższych idei jednoczy zwaśnionych królów i wodzów, by stanąć naprzeciwko barbarzyńskiej fali. Ale nie tym razem, nie w tej powieści. Artura poznajemy w roli opiekuna Mordreda, nieletniego następcy tronu jednego z konkurujących o supremację państw brytyjskich. Nasz dzielny rycerz chciałby zjednoczyć ludność wysp pod jednym sztandarem i dzięki temu raz na zawsze odeprzeć Saksonów, na drodze do sukcesu stają mu jednak intrygi, animozje, niepohamowana żądza władzy oraz Ginewra - prawdziwa femme fatale, za której sprawą Artur traci głowę, zrywa ważne politycznie zaręczyny i doprowadza w ten sposób do krwawej rzezi. Jak potoczą się więć ostatecznie losy Brytów? Czy uda się powstrzymać najeźdźców? Tego nie dowiadujemy się w pierwszym tomie, stanowi on zaledwie ekspozycję i wprowadzenie do całej arturiańskiej trylogii.
Książka jest napisana w dość specyficzny sposób, stosunkowo chaotyczną i bałaganiarską narrację w pierwszej osobie prowadzi Derfel Cadarn, jeden z wojowników walczących u boku Artura. Gdyby powieść wyszła spod pióra Abercrombiego z jego mistrzowskimi dialogami i pięknie uporządkowaną strukturą, to pewnie ocena byłaby znacznie wyższa, sposób pisania Cornwella nie przypadł mi jakoś szczególnie do gustu. Mam zamiar jednak sięgnąć po kolejną część, bo sama fabuła jest niezwykle ciekawa a zamiłowanie autora do mediewistycznych szczegółów idealnie trafia w moje zainteresowania.
Moja ocena: 4-/6
czwartek, 12 czerwca 2014
Ubogi kuzyn Joffreya. Mark Lawrence "Książę cierni".
Mark Lawrence. "Książę cierni".
data pierwszego wydania: 02.08.2011 r.
stron: 384
przeczytane: 12.06.2014 r.
data pierwszego wydania: 02.08.2011 r.
stron: 384
przeczytane: 12.06.2014 r.
Z jakiegoś powodu Quentin Tarantino
nigdy nie zdecydował się na nakręcenie filmu w konwencji
średniowiecznej. Był już western, była II wojna światowa, może
czas na mroczne wieki? Gdyby kiedyś rzeczywiście zmienił zdanie,
to czeka na niego potencjalny scenariusz. Zanim jednak nasz reżyser
mógłby wykonać telefon do Michaela Madsena i Umy Thurman, nie
mówiąc już o odpaleniu kamer, należałoby wprowadzić całe
mnóstwo poprawek...
“Książę cierni” jako żywo
przypomina filmowe “Wściekłe psy”. Jest to mocna i
bezkompromisowa opowieść, w której przemoc jest kluczowym środkiem
przekazu, czasem nawet celem samym w sobie. Autor wręcz napawa się
okrucieństwem i cynizmem bohaterów, przesuwając jeszcze dalej
granice ustanowione wcześniej przez Martina, Sapkowskiego czy
Abercrombiego. Dark fantasy w wydaniu ekstremalnym. Książka jest
jednak zbyt “dark” aby nadal pozostać wiarygodną i miejscami
popada w zbytnią komiksowość. Krwiożerczość zaprezentowanych
postaci jest po prostu przerysowana i odrealniona, chociaż na
szczęście cała konstrukcja nie zbliża się do poziomu żenady
jaki znam z inkwizytorskich opowieści Jacka Piekary (to raczej niemożliwe do osiągnięcia).
Działo krytyki mam zamiar w pierwszej
kolejności wycelować prosto w głównego bohatera. Nastoletni
książę Jorg miał w założeniu nawiązywać do znanego z “Gry o
tron” Joffreya, o którym można by napisać wiele – w
szczególności to, że jest niezwykle przekonującym i spójnym
wytworem wyobraźni, budącym skrajne emocje wśród miłośników sagi ze względu na mistrzowsko wykreowany wizerunek sadystycznej żmii. To jeden z najlepszych antyherosów w historii. Lawrence nie powtórzył sukcesu G.R.R. Martina
i popełnił szereg błędów, na czele z wyposażeniem piętnastolatka w
wypowiedzi i przemyślenia, które nijak do niego nie pasują i
sugerują, że mamy do czynienia raczej z pięćdziesięcioletnim
zgorzkniałym najemnikiem. Kreacja tytułowego bohatera wręcz leży
i kwiczy, w niczym nie pomaga narracja w pierwszej osobie, która jak wiadomo jest sztuką dla wybranych i jej stosowanie to naprawdę niebezpieczny zabieg. Podobnie blado wypada reszta stawki - banda szumowin podróżujących wraz z Jorgiem to nic więcej jak tylko zbiór imion.
Grzechem numer dwa jest mało
interesująca i często trochę absurdalna fabuła. W literaturze spod znaku magii i miecza jest
to przewinienie niewybaczalne, bo tego typu powieści czyta się dla
emocjonującej rozrywki i na nudziarstwo nie ma w nich miejsca.
Kilkutomowa seria autorstwa Mike'a Lee i Dana Abnetta (parę słów TU i TU, a także TUTAJ) jest sztandarowym przykładem, jak powinno się "To”
robić. Seria o Malusie Darkblade nie aspiruje do miana wyższej formy sztuki, ale skutecznie wkręca w czytelniczy trans i wywołuje wypieki na twarzy każdego fana gier RPG. Tymczasem “Książę cierni” jest najzwyczajniej w
świecie nieciekawy i zamiast wciągać niczym wir, brnie chaotycznie
nie wiadomo dokąd i po co. Mnie znudził błyskawicznie, do końca
dobrnąłem tylko dzięki poczuciu kronikarskiego obowiązku, tak silna pokusa przerwania przed końcem zdarza mi się naprawdę rzadko.
Pozytywne recenzje tej trzytomowej serii są dla mnie co najmniej
zastanawiające, ja za ciąg dalszy raczej podziękuję. Jeśli macie ochotę na krwawą, ostrą historię fantasy dla prawdziwych facetów, to zamiast marnować czas sięgnijcie lepiej po "Best served cold" Abercrombiego, która to powyżej zrecenzowane dzieło rozkłada na łopatki w pierwszej rundzie.
Moja ocena: 2-/6
środa, 4 czerwca 2014
Nakład Własny Autora. Hugh Howey "Wool".
Hugh Howey. "Wool".
data pierwszego wydania: 01.01.2012 r.
stron: 509
przeczytane: 17.05.2014 r.
data pierwszego wydania: 01.01.2012 r.
stron: 509
przeczytane: 17.05.2014 r.
Jedną z moich niezliczonych spraw do
załatwienia w życiu jest znalezienie idealnej książki
postapokaliptycznej. Poszukiwania trwają z mniejszymi lub większymi
sukcesami od dobrych paru lat i jak na razie w czołówce rankingu
znajduje się Cormac McCarthy - TUTAJ możecie przeczytac dlaczego. Dalej czuję jednak niedosyt i mam
wrażenie, że w tej dziedzinie pozostało sporo do odkrycia. Gdy
widzę więc nową pozycję traktującą o świecie zdziesiątkowanym
przez nuklearny konflikt lub wyjątkowo skutecznego wirusa, nie
trzeba mnie długo namawiać.
“Wool Omnibus” to zbiór
zawierający wszystkie pięć nowel rozpoczętego w 2011 roku cyklu.
Tak naprawdę to jedna obszerna powieść, podział na kilka części
wynika z tego, w jaki sposób utwór był opublikowany. Jest to dość
ciekawy przypadek – wprost z amerykańskiego snu “od pucybuta do
milionera”. Absolutnie nieznany Hugh Howey opublikował pierwszą
odsłonę cyklu własnym sumptem, za pomocą systemu Kindle Direct
Publishing obsługiwanego oczywiście przez Amazona. Większość
tego typu przedsięwzięć, pozbawionych promocyjnego wsparcia
korporacyjno-wydawniczej machiny, ginie w mrokach historii, tym razem
jednak zdarzyło się coś niezwykłego – publiczność za oceanem
oszalała na punkcie “wełny”. Posypały się zachwyty fanów,
pełne uznania recenzje, wreszcie komercyjny sukces całej operacji –
autor zarobił na swoim dziele setki tysięcy USD a na horyzoncie
jest już ponoć hollywoodzka ekranizacja. Z mojej strony szczerze
gratulacje – zawsze cieszy mnie, gdy ktoś swoją pasję i talent
potrafi udanie skonfrontować z twardymi realiami rynku.
No dobrze, czyli biznesowo na pięć z
plusem. Ale czy po przebiciu się przez otoczkę wirusowego
marketingu dostajemy rzeczywiście solidną książkę? Z tym jak
wiadomo bywa różnie i często ilość zachwytów w mediach
społecznościowych jest odwrotnie proporcjonalna do jakości utworu.
Moje odczucia w tym przypadku są szczęśliwie dość pozytywne,
choć nie bez zastrzeżeń.
Opowieść traktuje o grupie ludzi
żyjących w gigantycznym podziemnym silosie, stanowiącym ostatni
bastion cywilizacji w świecie zgładzonym przez bliżej nieokreślony
kataklizm lub wojnę. Licząca sobie znacznie ponad sto pięter
konstrukcja została wyposażona we wszelkie niezbędne do
przetrwania instalacje – generatory prądu, uprawy roślin,
uzdatnianie wody. Wewnątrz funkcjonuje iście orwellowskie
społeczeństwo. Przyrost populacji jest ze zrozumiałych powodów
ściśle kontrolowany – małżeństwa muszą uczestniczyć w
loterii, w której stawką jest formalna zgodna na posiadanie
potomstwa. Świat zewnętrzny stanowi całkowite tabu – wyrażenie
chęci opuszczenia silosu jest obok np. zabójstwa jednym z cięższych
przewinień, jakich można się według panującego prawa
dopuścić. Karą za najsurowsze naruszenia kodeksu jest wydalenie ze
schronu – zwane zwyczajowo “czyszczeniem”. Skąd takie
określenie? Delikwent otrzymuje skafander umożliwiający
przetrwanie nędznych kilku minut w skrajnie toksycznej atmosferze i
wyrusza w swoją ostatnią drogę. Przestrzegany jak dotąd od
niepamiętnych czasów obyczaj stanowi, iż skazaniec ma za zadanie
oczyścić z kurzu, pyłu i wszelkiego brudu zestaw kamer,
stanowiących jedyne okno na świat dla mieszkańców silosu.
Książka zgodnie ze starą szkołą
Hitchcocka rozpoczyna się od trzęsienia ziemi – a konkretnie od
przeprowadzanej właśnie w drodze “czyszczenia” egzekucji.
Dotyczy ona nie byle kogo, bo samego szeryfa i jak się później
okaże, uruchomi ciąg wydarzeń, który zmieni losy mieszkańców
schronu na zawsze. Mająca zastąpić poprzedniego stróża prawa
dziewczyna lubuje się w szeroko pojętym wsadzaniu kija w mrowisko i
sama prosi się o kłopoty, wyciągając na światło dzienne
rzeczy, które miały pozostać na zawsze ukryte. Okazuje się, że
panujący w silosie pozorny porządek kryje pod spodem mroczne
tajemnice.
Akcja toczy się w ekspresowym tempie,
zwalniając tylko na moment w drugiej części powieści, by potem
ruszyć ze zdwojoną dynamiką. Możecie spodziewać się licznych
nagłych zwrotów, niespodziewanych wolt i mocnych akcentów –
żaden z głównych bohaterów nie może liczyć na zbytnią
pobłażliwość autora. Mój mózg nie jest jednak w stanie
zaakceptować kilku zbyt wygodnych i zbyt niewiarygodnych zbiegów
okoliczności, które popychają bohaterów na nowe tory i forsują
fabułę naprzód nieco na siłę i w nienaturalny sposób. Na przykład wybór
głównej bohaterki na szeryfa. Oraz jej przypadkowo nawiązana relacja z
Lukasem, który również przypadkowo trafia w samo centrum
politycznego przewrotu mającego wstrząsnąć silosową
społecznością. Nie przepadam za narracją ulepioną z takich nie
do końca logicznie umotywowanych, losowych zdarzeń. Nie przemawia do mnie również idea "czyszczenia", to że każdy skazaniec pokornie i konformistycznie podporządkowuje się rytuałowi. To oczywiście bardziej złożona kwestia, której dobrze nie jestem w stanie przybliżyć bez poważnych spoilerów. Mimo wszystko ja nie poczułem się przekonany. Jeśli jednak
jesteście w stanie przymknąć na te niedoskonałości oko i na chwilę odwiesić
zamiłowanie do silnych związków przyczynowo -skutkowych na kołek,
książka powinna Wam przypaść do gustu. Ja daję ocenę
dostateczną.
Moja ocena: 3+/6
czwartek, 8 maja 2014
Do trzech razy sztuka. Dan Abnett & Mike Lee "Reaper of souls".
Dan Abnett & Mike Lee. "Reaper of souls"
(The chronicles of Malus Darkblade #3)
data pierwszego wydania: 08.08.2006 r.
stron: 416
przeczytane: 07.05.2014 r.
Niejako z kronikarskiego obowiązku spieszę zaraportować, że trzecia część przygód Malusa Darkblade'a trafia na półkę z książkami przeczytanymi. Poprzednie tomy zrobiły na mnie ogromnie pozytywne wrażenie - parę słów na ich temat TU oraz TU. W kategorii literatury bezpretensjonalnej i komiksowej niczym filmy kung-fu rodem z Hong Kongu, Abnett i Lee są w mojej prywatnej czołówce - dawno nie miałem tyle czystej i nieskrępowanej czytelniczej frajdy, co przy "Daemon's curse" i "Bloodstorm".
Trzeci tom jest niestety wyraźnie słabszy. Mam nadzieję, że to tylko chwilowy spadek formy i mała zadyszka, bo pokładam całkiem spore nadzieje w zakończeniu tego serialu. "Reaper of souls" rozczarował mnie przede wszystkim chaotyczną fabułą. Poprzednie części miały dość liniową strukturę, zawzięty Darkblade podążał z punktu A do punktu B w poszukiwaniu potężnego artefaktu, po drodze zmagając się z przeciwnościami, które przybierały zazwyczaj formę uzbrojonych po zęby zabójców, śmiertelnie niebezpiecznych pułapek lub zdradzieckich intryg. Rozwiązanie to przypominało konstrukcyjnie powieść drogi a recepta na sukces tkwiła w kreatywności, jaką autorzy wykazywali rzucając kolejne kłody pod nogi głównego bohatera. Tym razem historia jest pełna nagłych zwrotów, które w moim odczuciu trochę wymknęły się spod kontroli, przez co całość traci prosty logiczny ciąg, na rzecz nie do końca udanego eksperymentu. Co gorsza, brakuje mi tu malowniczych sytuacji w jakie wcześniej pakował się bez przerwy Malus Darkblade. Tym razem są to niezliczone sceny walki, pośród których żadna nie wyróżnia się jakimś szczególnie malowniczym akcentem, przez co pod koniec książki czułem się już lekko znudzony kolejnymi scenami, w których krzyżują się miecze i latają odcięte głowy. Mocna trója i czekam na poprawę w następnych odcinkach.
Moja ocena: 3/6
(The chronicles of Malus Darkblade #3)
data pierwszego wydania: 08.08.2006 r.
stron: 416
przeczytane: 07.05.2014 r.
Niejako z kronikarskiego obowiązku spieszę zaraportować, że trzecia część przygód Malusa Darkblade'a trafia na półkę z książkami przeczytanymi. Poprzednie tomy zrobiły na mnie ogromnie pozytywne wrażenie - parę słów na ich temat TU oraz TU. W kategorii literatury bezpretensjonalnej i komiksowej niczym filmy kung-fu rodem z Hong Kongu, Abnett i Lee są w mojej prywatnej czołówce - dawno nie miałem tyle czystej i nieskrępowanej czytelniczej frajdy, co przy "Daemon's curse" i "Bloodstorm".
Trzeci tom jest niestety wyraźnie słabszy. Mam nadzieję, że to tylko chwilowy spadek formy i mała zadyszka, bo pokładam całkiem spore nadzieje w zakończeniu tego serialu. "Reaper of souls" rozczarował mnie przede wszystkim chaotyczną fabułą. Poprzednie części miały dość liniową strukturę, zawzięty Darkblade podążał z punktu A do punktu B w poszukiwaniu potężnego artefaktu, po drodze zmagając się z przeciwnościami, które przybierały zazwyczaj formę uzbrojonych po zęby zabójców, śmiertelnie niebezpiecznych pułapek lub zdradzieckich intryg. Rozwiązanie to przypominało konstrukcyjnie powieść drogi a recepta na sukces tkwiła w kreatywności, jaką autorzy wykazywali rzucając kolejne kłody pod nogi głównego bohatera. Tym razem historia jest pełna nagłych zwrotów, które w moim odczuciu trochę wymknęły się spod kontroli, przez co całość traci prosty logiczny ciąg, na rzecz nie do końca udanego eksperymentu. Co gorsza, brakuje mi tu malowniczych sytuacji w jakie wcześniej pakował się bez przerwy Malus Darkblade. Tym razem są to niezliczone sceny walki, pośród których żadna nie wyróżnia się jakimś szczególnie malowniczym akcentem, przez co pod koniec książki czułem się już lekko znudzony kolejnymi scenami, w których krzyżują się miecze i latają odcięte głowy. Mocna trója i czekam na poprawę w następnych odcinkach.
Moja ocena: 3/6
wtorek, 6 maja 2014
Cyrus Smith w kosmosie. Andy Weir "The Martian".
Andy Weir. "The Martian".
data pierwszego wydania: 23.09.2012 r.
stron: 369
przeczytane: 15.01.2013 r., 03.05.2014 r.
Skarb ten odkryłem nieco ponad rok temu. Skarb to nieziemski - dosłownie i w przenośni. Ale po kolei. Aby zrozumieć, dlaczego sam sobie funduję spoiler i już na początku recenzji zdradzam jej konkluzję, musimy cofnąć się aż do wczesnych lat dziewięćdziesiątych, kiedy to jako mały dzieciak otrzymałem w prezencie od dziadka mocno sfatygowany egzemplarz "Tajemniczej wyspy" Verne'a. To był prawdziwy nokaut. Od tamtej pory do historii inżyniera Cyrusa Smitha i jego szlachetnych kolegów wracałem dosłownie z milion razy, a dziadkowy upominek wygląda obecnie jakby sam został odnaleziony na jakimś karaibskim archipelagu w spróchniałej skrzyni ukrytej dwa metry pod ziemią. Fascynację tę podziela moja małżonka, u której myśl o nieszczęsnych rozbitkach, zmuszonych do polowania na dziką zwierzynę za pomocą narzędzi wyżłobionych z bambusowej witki oraz rozpalania ognia przy użyciu nieśmiertelnej hubki i krzesiwa wywołuje niezdrowe podniecenie. Nie jesteśmy sami, o czym świadczy ogromny sukces powieści Verne'a, jak również Robinsona Crusoe czy też pewnego kapitalnego filmu z Tomem Hanksem w roli głównej.
I tu na scenie pojawia się Andy Weir - debiutant, którego książkę ściągnąłem za darmo z jego strony internetowej, zanim jeszcze zdecydował się w ogóle na jej komercyjną publikację. Ściągnąłem, przeczytałem i oniemiałem. A teraz przeczytałem jeszcze raz. I za rok zamierzam zrobić to po raz kolejny. I tak milion razy. Weir dokonał rzeczy wręcz niebywałej i zarazem bardzo ryzykownej. Klimat i magię "Tajemniczej wyspy" udało mu się przeszczepić na grunt współczesny, sięgając po rozwiązania leżące na granicy hard science fiction. Efektem końcowym jego pracy jest jedna z najlepszych powieści "survivalowych" jakie kiedykolwiek powstały, która ustępuje wyłącznie swojemu szlachetnemu pierwowzorowi, liczącemu sobie już ponad 140 lat.
Już prędko wyjaśniam, o co tu w ogóle chodzi. Książka opowiada o projekcie Ares-3 - trzeciej z kolei załogowej misji na Marsa, którą organizuje w niedalekiej przyszłości NASA. Operacja zakłada lądowanie sześcioosobowej załogi na powierzchni czerwonej planety, pobranie szeregu próbek i wykonanie licznych badań a następnie powrót na orbitę za pomocą wysłanego już wiele miesięcy wcześniej ustrojstwa o nazwie Mars Ascent Vehicle. Stamtąd macierzystym promem "Hermes" wszyscy udadzą się bezpiecznie na Ziemię, gdzie czekają na nich odznaczenia, uścisk dłoni prezydenta i tłumy półnagich wielbicielek. Prawa Murphy'ego są jednak jak wiemy bezlitosne i jeśli coś może pójść nie tak, to zazwyczaj właśnie tak się dzieje. Mamy więc gigantyczną burzę piaskową, podczas ewakuacji dochodzi do wypadku, jeden z astronautów zostaje wśród zamieci przygwożdzony anteną komunikacyjną, reszta załogi przekonana o jego natychmiastowej śmierci opuszcza powierzchnię Marsa nie mając czasu nawet na poszukiwanie zwłok pośród zerowej widoczności. Misja kończy się fiaskiem.
Gdy Mark Watney po paru godzinach odzyskuje przytomność, jego sytuacja nie przedstawia się więc szczególnie optymistycznie. Jest całkowicie sam na powierzchni planety oddalonej o grubo ponad 50 milionów kilometrów od Ziemi. Wszyscy członkowie ekspedycji oraz centrum dowodzenia misją uznali go oficjalnie za zmarłego. Nie posiada żadnej łączności z kimkolwiek - antena umożliwiająca wymianę wiadomości radiowych przed chwilą o mało nie roztrzaskała go na miazgę i sama obecnie jest w stanie zaawansowanego rozpadu. Zróbmy krótką inwentaryzację. Watney ma na sobie kombinezon, który cudem uniknął dekompresji. W okolicy pozostał tak zwany "Hab", czyli namiot ciśnieniowy z podstawową aparaturą podtrzymującą życie, do tego resztki lądownika MDV i rakiety MAV oraz dwa łaziki. Wokół pozbawiona jakiegokolwiek życia pustynia i atmosfera złożona z dwutlenku węgla o temperaturze minus sześćdziesięciu stopni. W "Habie" pozostały racje żywności na kilka miesięcy, trochę wody w zamkniętym obiegu i urządzenie produkujące tlen z marsjańskiej atmosfery. Co dalej, panie Watney?
Nasz kosmonauta musi więc kreatywnością przebić samego MacGyvera i z prawie niczego stworzyć mini-kolonię na powierzchni obcego globu. Dokonuje więc prawdziwych cudów, zużywając w tym celu kilometry taśmy klejącej i wyczarowując wodę z paliwa rakietowego. Przy tym wielokrotnie cudem udaje mu się uniknąć tragicznej śmierci w wyniku eksplozji, pożaru, dekompresji, uduszenia tudzież porażenia prądem. W tle zaś cały czas przewija się pytanie - jak wydostać się z bezludnej, pustynnej planety? Zaznaczam że książka trzyma cały czas w takim napięciu, że można nabawić się problemów ze snem lub zacząć obgryzać paznokcie. Stosowane sztuczki są w sumie nawet przewidywalne - doskonale wiemy, że już zaraz, już za moment coś pójdzie nie tak. Jednak autor jest tak nieskończenie kreatywny w wynajdywaniu coraz to nowszych zagrożeń dla naszego śmiałka, że nigdy nie wiadomo skąd spadnie następny cios. Dodajmy do tego fakt, że powieść napisana jest w pierwszej osobie w formie dziennika, nafaszerowanego niesamowicie zabawnym wisielczym humorem faceta, którego szanse przeżycia wynoszą nie więcej niż pół procenta. To wszystko sprawia, że przez całe 369 stron trzymamy mocno kciuki za Watneya, zastanawiając się wciąż "jak on do cholery z tego wybrnie??". I wcale nie jest powiedziane, że opowieść kończy się happy endem. Ja w każdym razie na pewno nie zepsuję wam zabawy i nic już więcej nie powiem.
Tyle moich przemyśleń. Zabierajcie się czym prędzej do lektury, bo każdy dzień bez "Martiana" jest dniem straconym.
Moja ocena: 6+/6.
data pierwszego wydania: 23.09.2012 r.
stron: 369
przeczytane: 15.01.2013 r., 03.05.2014 r.
Skarb ten odkryłem nieco ponad rok temu. Skarb to nieziemski - dosłownie i w przenośni. Ale po kolei. Aby zrozumieć, dlaczego sam sobie funduję spoiler i już na początku recenzji zdradzam jej konkluzję, musimy cofnąć się aż do wczesnych lat dziewięćdziesiątych, kiedy to jako mały dzieciak otrzymałem w prezencie od dziadka mocno sfatygowany egzemplarz "Tajemniczej wyspy" Verne'a. To był prawdziwy nokaut. Od tamtej pory do historii inżyniera Cyrusa Smitha i jego szlachetnych kolegów wracałem dosłownie z milion razy, a dziadkowy upominek wygląda obecnie jakby sam został odnaleziony na jakimś karaibskim archipelagu w spróchniałej skrzyni ukrytej dwa metry pod ziemią. Fascynację tę podziela moja małżonka, u której myśl o nieszczęsnych rozbitkach, zmuszonych do polowania na dziką zwierzynę za pomocą narzędzi wyżłobionych z bambusowej witki oraz rozpalania ognia przy użyciu nieśmiertelnej hubki i krzesiwa wywołuje niezdrowe podniecenie. Nie jesteśmy sami, o czym świadczy ogromny sukces powieści Verne'a, jak również Robinsona Crusoe czy też pewnego kapitalnego filmu z Tomem Hanksem w roli głównej.
I tu na scenie pojawia się Andy Weir - debiutant, którego książkę ściągnąłem za darmo z jego strony internetowej, zanim jeszcze zdecydował się w ogóle na jej komercyjną publikację. Ściągnąłem, przeczytałem i oniemiałem. A teraz przeczytałem jeszcze raz. I za rok zamierzam zrobić to po raz kolejny. I tak milion razy. Weir dokonał rzeczy wręcz niebywałej i zarazem bardzo ryzykownej. Klimat i magię "Tajemniczej wyspy" udało mu się przeszczepić na grunt współczesny, sięgając po rozwiązania leżące na granicy hard science fiction. Efektem końcowym jego pracy jest jedna z najlepszych powieści "survivalowych" jakie kiedykolwiek powstały, która ustępuje wyłącznie swojemu szlachetnemu pierwowzorowi, liczącemu sobie już ponad 140 lat.
Już prędko wyjaśniam, o co tu w ogóle chodzi. Książka opowiada o projekcie Ares-3 - trzeciej z kolei załogowej misji na Marsa, którą organizuje w niedalekiej przyszłości NASA. Operacja zakłada lądowanie sześcioosobowej załogi na powierzchni czerwonej planety, pobranie szeregu próbek i wykonanie licznych badań a następnie powrót na orbitę za pomocą wysłanego już wiele miesięcy wcześniej ustrojstwa o nazwie Mars Ascent Vehicle. Stamtąd macierzystym promem "Hermes" wszyscy udadzą się bezpiecznie na Ziemię, gdzie czekają na nich odznaczenia, uścisk dłoni prezydenta i tłumy półnagich wielbicielek. Prawa Murphy'ego są jednak jak wiemy bezlitosne i jeśli coś może pójść nie tak, to zazwyczaj właśnie tak się dzieje. Mamy więc gigantyczną burzę piaskową, podczas ewakuacji dochodzi do wypadku, jeden z astronautów zostaje wśród zamieci przygwożdzony anteną komunikacyjną, reszta załogi przekonana o jego natychmiastowej śmierci opuszcza powierzchnię Marsa nie mając czasu nawet na poszukiwanie zwłok pośród zerowej widoczności. Misja kończy się fiaskiem.
Gdy Mark Watney po paru godzinach odzyskuje przytomność, jego sytuacja nie przedstawia się więc szczególnie optymistycznie. Jest całkowicie sam na powierzchni planety oddalonej o grubo ponad 50 milionów kilometrów od Ziemi. Wszyscy członkowie ekspedycji oraz centrum dowodzenia misją uznali go oficjalnie za zmarłego. Nie posiada żadnej łączności z kimkolwiek - antena umożliwiająca wymianę wiadomości radiowych przed chwilą o mało nie roztrzaskała go na miazgę i sama obecnie jest w stanie zaawansowanego rozpadu. Zróbmy krótką inwentaryzację. Watney ma na sobie kombinezon, który cudem uniknął dekompresji. W okolicy pozostał tak zwany "Hab", czyli namiot ciśnieniowy z podstawową aparaturą podtrzymującą życie, do tego resztki lądownika MDV i rakiety MAV oraz dwa łaziki. Wokół pozbawiona jakiegokolwiek życia pustynia i atmosfera złożona z dwutlenku węgla o temperaturze minus sześćdziesięciu stopni. W "Habie" pozostały racje żywności na kilka miesięcy, trochę wody w zamkniętym obiegu i urządzenie produkujące tlen z marsjańskiej atmosfery. Co dalej, panie Watney?
Nasz kosmonauta musi więc kreatywnością przebić samego MacGyvera i z prawie niczego stworzyć mini-kolonię na powierzchni obcego globu. Dokonuje więc prawdziwych cudów, zużywając w tym celu kilometry taśmy klejącej i wyczarowując wodę z paliwa rakietowego. Przy tym wielokrotnie cudem udaje mu się uniknąć tragicznej śmierci w wyniku eksplozji, pożaru, dekompresji, uduszenia tudzież porażenia prądem. W tle zaś cały czas przewija się pytanie - jak wydostać się z bezludnej, pustynnej planety? Zaznaczam że książka trzyma cały czas w takim napięciu, że można nabawić się problemów ze snem lub zacząć obgryzać paznokcie. Stosowane sztuczki są w sumie nawet przewidywalne - doskonale wiemy, że już zaraz, już za moment coś pójdzie nie tak. Jednak autor jest tak nieskończenie kreatywny w wynajdywaniu coraz to nowszych zagrożeń dla naszego śmiałka, że nigdy nie wiadomo skąd spadnie następny cios. Dodajmy do tego fakt, że powieść napisana jest w pierwszej osobie w formie dziennika, nafaszerowanego niesamowicie zabawnym wisielczym humorem faceta, którego szanse przeżycia wynoszą nie więcej niż pół procenta. To wszystko sprawia, że przez całe 369 stron trzymamy mocno kciuki za Watneya, zastanawiając się wciąż "jak on do cholery z tego wybrnie??". I wcale nie jest powiedziane, że opowieść kończy się happy endem. Ja w każdym razie na pewno nie zepsuję wam zabawy i nic już więcej nie powiem.
Tyle moich przemyśleń. Zabierajcie się czym prędzej do lektury, bo każdy dzień bez "Martiana" jest dniem straconym.
Moja ocena: 6+/6.
poniedziałek, 5 maja 2014
Odrobina gry o tron. Lois McMaster Bujold "Klątwa nad Chalionem".
Lois McMaster Bujold. "Klątwa nad Chalionem".
data pierwszego wydania: 03.02.2003 r.
stron: 496
przeczytane: 24.04.2014 r.
Z tytułem tym zderzyłem się w zasadzie przypadkiem, poszukując jakiejś niezbyt zobowiązującej lektury w klimacie fantasy - w związku z natłokiem tak zwanych "innych spraw", kwiecień był dla mnie niesprzyjającym czytelniczo okresem, głupio by było jednak pozwolić tym nielicznym luźniejszym chwilom pójść na całkowicie na marne. Padło na "Klątwę nad Chalionem" - opis wypatrzony na pewnym znanym portalu sugerował nieco schematyczną historię osadzoną w pseudośredniowiecznej scenerii, trochę intrygi dworskiej, trochę magii, polityka, wojna, honor, te sprawy. Mogę takie powieści pożerać w zasadzie bez końca, więc czym prędzej do roboty.
Parę dni później okazało się, że to wcale nie jest taka banalna opowiastka, jak mogłoby się początkowo wydawać. Fabuła jest niezwykle wciągająca (chociaż może niekoniecznie rewolucyjna), a pieczołowita i realistyczna prezentacja postaci robi naprawdę pozytywne wrażenie. Sam główny bohater to dość nietypowy jak na standardy gatunku przypadek. Szlachetnie urodzony Lupe dy Cazaril to facet, delikatnie mówiąc, po przejściach. Z przyczyn, których nie będę tu wyjawiać, aby nie psuć wam zabawy, ostatnie kilka lat spędził on jako galernik, wcześniej tracąc zdrowie i młodość na licznych kampaniach wojennych. Teraz złamany na ciele jak i duszy powraca w rodzinne strony, marząc o znalezieniu skromnej, nie rzucającej się w oczy posady na dworze, na którym dawno temu służył. Los jest jednak złośliwym gadem i naszemu nieszczęśnikowi nie będzie dane doczekać spokojnej starości w roli jakiegoś anonimowego skryby czy lokaja. Stare znajomości okazują się bardziej wartościowe, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać, w wyniku czego Cazaril zostaje rzucony wprost w paszczę lwa - jako osobisty nauczyciel i sekretarz potencjalnej następczyni tronu będzie musiał się zmierzyć ze śmiertelnie niebezpieczną intrygą, w której stawką jest oczywiście władza - tym razem aż nad dwoma królestwami. W trakcie tych perypetii okaże się, że ten pozornie zmęczony życiem i asekurancki osobnik potrafi pokazać pazur, a jego podopieczna bynajmniej nie jest płochą i rozpuszczoną przez dworskie życie nastolatką.
Widzicie już teraz zapewne, że nie jest to powieść wywracająca świat do góry nogami swoją niespotykaną oryginalnością. Jej siła tkwi jednak we wspomnianej już charakteryzacji bohaterów, z którymi łatwo się zżyć i którym mamy ochotę kibicować. Są to ludzie z krwi i kości, nie mają nic wspólnego z nierzeczywistymi konstruktami o niezrozumiałych motywacjach, na które łatwo się nadziać w "epic fantasy". Postaci kreowane przez Bujold mają zaskakująco przyziemne problemy i ułomności. Druga sprawa to uroczy sposób pisania - historia płynie niespiesznie, autorka dużo uwagi poświęca szczegółom i atmosferze, nad całością unosi się duch snutej przy kominku opowieści. Jeśli zdarzyło wam się czytać cokolwiek autorstwa Robin Hobb, to poczujecie się natychmiast jak w domu, a moje dalsze wyjaśnienia będą zbędne. Uprzedzam jednak, że trzeba nastawić się na specyficzny rodzaj narracji, która tutaj nie pędzi na złamanie karku - dla niektórych pewnie będą to dłużyzny. Tym większe wrażenie robią jednak okazjonalnie pojawiające się fabularne trzęsienia ziemi.
Mówiąc krótko - podobało mi się. Warto też dodać, że "Klątwa nad Chalionem" to naprawdę niezła pozycja dla osób stawiających pierwsze kroki z fantastyką. Wprowadza sprawnie w tę konwencję, nie porażając jednak milionem obco brzmiących nazw i imion, nie zmuszając do zapoznania się z całą skomplikowaną geografią i historią fikcyjnego świata. Dla bardziej doświadczonych książka nie będzie objawieniem, ale stanowi miłą odmianę od nafaszerowanego cynizmem i przemocą Abercrombiego czy zmuszającego mózg do bolesnej gimnastyki Eriksona.
Moja ocena: 4+/6
data pierwszego wydania: 03.02.2003 r.
stron: 496
przeczytane: 24.04.2014 r.
Z tytułem tym zderzyłem się w zasadzie przypadkiem, poszukując jakiejś niezbyt zobowiązującej lektury w klimacie fantasy - w związku z natłokiem tak zwanych "innych spraw", kwiecień był dla mnie niesprzyjającym czytelniczo okresem, głupio by było jednak pozwolić tym nielicznym luźniejszym chwilom pójść na całkowicie na marne. Padło na "Klątwę nad Chalionem" - opis wypatrzony na pewnym znanym portalu sugerował nieco schematyczną historię osadzoną w pseudośredniowiecznej scenerii, trochę intrygi dworskiej, trochę magii, polityka, wojna, honor, te sprawy. Mogę takie powieści pożerać w zasadzie bez końca, więc czym prędzej do roboty.
Parę dni później okazało się, że to wcale nie jest taka banalna opowiastka, jak mogłoby się początkowo wydawać. Fabuła jest niezwykle wciągająca (chociaż może niekoniecznie rewolucyjna), a pieczołowita i realistyczna prezentacja postaci robi naprawdę pozytywne wrażenie. Sam główny bohater to dość nietypowy jak na standardy gatunku przypadek. Szlachetnie urodzony Lupe dy Cazaril to facet, delikatnie mówiąc, po przejściach. Z przyczyn, których nie będę tu wyjawiać, aby nie psuć wam zabawy, ostatnie kilka lat spędził on jako galernik, wcześniej tracąc zdrowie i młodość na licznych kampaniach wojennych. Teraz złamany na ciele jak i duszy powraca w rodzinne strony, marząc o znalezieniu skromnej, nie rzucającej się w oczy posady na dworze, na którym dawno temu służył. Los jest jednak złośliwym gadem i naszemu nieszczęśnikowi nie będzie dane doczekać spokojnej starości w roli jakiegoś anonimowego skryby czy lokaja. Stare znajomości okazują się bardziej wartościowe, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać, w wyniku czego Cazaril zostaje rzucony wprost w paszczę lwa - jako osobisty nauczyciel i sekretarz potencjalnej następczyni tronu będzie musiał się zmierzyć ze śmiertelnie niebezpieczną intrygą, w której stawką jest oczywiście władza - tym razem aż nad dwoma królestwami. W trakcie tych perypetii okaże się, że ten pozornie zmęczony życiem i asekurancki osobnik potrafi pokazać pazur, a jego podopieczna bynajmniej nie jest płochą i rozpuszczoną przez dworskie życie nastolatką.
Widzicie już teraz zapewne, że nie jest to powieść wywracająca świat do góry nogami swoją niespotykaną oryginalnością. Jej siła tkwi jednak we wspomnianej już charakteryzacji bohaterów, z którymi łatwo się zżyć i którym mamy ochotę kibicować. Są to ludzie z krwi i kości, nie mają nic wspólnego z nierzeczywistymi konstruktami o niezrozumiałych motywacjach, na które łatwo się nadziać w "epic fantasy". Postaci kreowane przez Bujold mają zaskakująco przyziemne problemy i ułomności. Druga sprawa to uroczy sposób pisania - historia płynie niespiesznie, autorka dużo uwagi poświęca szczegółom i atmosferze, nad całością unosi się duch snutej przy kominku opowieści. Jeśli zdarzyło wam się czytać cokolwiek autorstwa Robin Hobb, to poczujecie się natychmiast jak w domu, a moje dalsze wyjaśnienia będą zbędne. Uprzedzam jednak, że trzeba nastawić się na specyficzny rodzaj narracji, która tutaj nie pędzi na złamanie karku - dla niektórych pewnie będą to dłużyzny. Tym większe wrażenie robią jednak okazjonalnie pojawiające się fabularne trzęsienia ziemi.
Mówiąc krótko - podobało mi się. Warto też dodać, że "Klątwa nad Chalionem" to naprawdę niezła pozycja dla osób stawiających pierwsze kroki z fantastyką. Wprowadza sprawnie w tę konwencję, nie porażając jednak milionem obco brzmiących nazw i imion, nie zmuszając do zapoznania się z całą skomplikowaną geografią i historią fikcyjnego świata. Dla bardziej doświadczonych książka nie będzie objawieniem, ale stanowi miłą odmianę od nafaszerowanego cynizmem i przemocą Abercrombiego czy zmuszającego mózg do bolesnej gimnastyki Eriksona.
Moja ocena: 4+/6
czwartek, 3 kwietnia 2014
Całkiem przyzwoity start. Den Patrick "The boy with the porcelain blade".
Den Patrick "The boy with the porcelain blade"
data pierwszego wydania: 20.03.2014 r.
stron: 336
przeczytane: 31.03.2014 r.
Przyznam, że dałem się złapać na kilka prostych marketingowych numerów, które sprawiły, że ta charakteryzująca się niecodziennym tytułem książka już w dniu premiery zagościła na mym Kindlu. Po pierwsze dumny slogan - "Locke Lamorra meets Gormenghast". Ja na jakąkolwiek wzmiankę o Lamorze i Gentleman Bastards reaguję natychmiastowym skokiem ciśnienia - książki Scotta Lyncha są dla mnie wielkim objawieniem, więc nie mogłem koło takiej obietnicy przejść obojętnie. Po drugie, powieść firmuje wydawnictwo Gollancz - prawdziwy bastion fantasy i S/F, obecnie w kooperacji z takimi tytanami jak Joe Abercrombie, Patrick Rothfuss czy wreszcie wspomniany Lynch. Cóż mam więc do stracenia oprócz kilku dolarów i dwóch czy trzech wieczorów?
"The boy with the porcelain blade" jest praktycznie rzecz biorąc debiutem - to pierwsza pełnowymiarowa nowela Dena Patricka, który wcześniej opublikował kilka krótkich pozycji związanych z grami RPG i bitewnymi. Książka ma stanowić zaczątek dłuższego cyklu, oczywiście daty wydawania kolejnych części nie są jeszcze znane. Pierwszy tom sprawdza się jednak wystarczająco dobrze jako zamknięta całość - zakończenie nie zawiesza nas nad przepaścią i nie sprawia, że przeżywamy męki wyczekując kontynuacji, tak jak się to dzieje chociaż we wciąż nieukończonej "Grze o tron".
Brawa dla autora za stworzenie wyrazistego i interesującego tła. Scenografia stanowi ciekawy koktajl renesansowych i barokowych smaczków, to wszystko utrzymane głównie w tonacji włoskiej jeśli chodzi o nazewnictwo i doprawione bardzo solidną porcją mroku i groteski. Wyobraźcie sobie XVI-wieczną Wenecję lub Florencję w krzywym zwierciadle Tima Burtona... Taka mieszanka mnie przekonuje, przedstawiony świat jest naprawdę klimatyczny i chce się w nim przebywać razem z równie interesującym głównym bohaterem. Lucien, bo tak właśnie brzmi jego imię, należy do tak zwanych orfano, pojawiających się nie wiadomo skąd porzuconych dzieci, których ciała są dziwacznie zniekształcone. Takich osobników w krainie zwanej Landfall żyje obecnie kilkoro, z jednej strony otoczeni są pogardą, z drugiej zrodzonych ze strachu szacunkiem. Wiadomo, że orfano przeznaczono jakąś szczególną rolę, przysługuje im najlepsza edukacja i wszelkie wygody, co wynika z bezpośrednich instrukcji samego króla. Problem w tym, że zamiary władcy wobec podrzutków są okryte tajemnicą - od niepamiętnych czasów nie widział go na oczy nikt oprócz bezimiennego sługi zwanego majordomo.
Nasz Lucien ma więc na głowie całkiem sporo. Musi lawirować pomiędzy śmiertelnie niebezpiecznymi intrygami głównych szlacheckich rodów, radzić sobie z intensywną nauką i jeszcze bardziej niebezpiecznymi testami, w których można stracić nie tylko honor ale i życie, uporać się z pierwszym młodzieńczym zauroczeniem, które nijak ma się do politycznych zamiarów jego protektorów, lecz przede wszystkim pragnie odkryć tajemnicę swojego pochodzenia i swojej odmienności. Z tego wynika oczywiście mnóstwo różnych komplikacji, które ja osobiście z dużą przyjemnością śledziłem.
A więc debiut na naprawdę wysokim poziomie. Książka nie jest jednak bez wad. Mi bardzo przeszkadzał tok narracji, polegający na tym, że co rozdział następuje przeskok w czasie - raz do 'współczesności', raz do wczesnej młodości i dzieciństwa Luciena. Zamiast kreować napięcie, sprawia to że struktura opowieści staje się szarpana i chaotyczna. Jest to zjawisko na tyle upierdliwe, że moją osobistą ocenę obniżam o cały punkt. A więc...
... ostateczna ocena: 4/6
data pierwszego wydania: 20.03.2014 r.
stron: 336
przeczytane: 31.03.2014 r.
Przyznam, że dałem się złapać na kilka prostych marketingowych numerów, które sprawiły, że ta charakteryzująca się niecodziennym tytułem książka już w dniu premiery zagościła na mym Kindlu. Po pierwsze dumny slogan - "Locke Lamorra meets Gormenghast". Ja na jakąkolwiek wzmiankę o Lamorze i Gentleman Bastards reaguję natychmiastowym skokiem ciśnienia - książki Scotta Lyncha są dla mnie wielkim objawieniem, więc nie mogłem koło takiej obietnicy przejść obojętnie. Po drugie, powieść firmuje wydawnictwo Gollancz - prawdziwy bastion fantasy i S/F, obecnie w kooperacji z takimi tytanami jak Joe Abercrombie, Patrick Rothfuss czy wreszcie wspomniany Lynch. Cóż mam więc do stracenia oprócz kilku dolarów i dwóch czy trzech wieczorów?
"The boy with the porcelain blade" jest praktycznie rzecz biorąc debiutem - to pierwsza pełnowymiarowa nowela Dena Patricka, który wcześniej opublikował kilka krótkich pozycji związanych z grami RPG i bitewnymi. Książka ma stanowić zaczątek dłuższego cyklu, oczywiście daty wydawania kolejnych części nie są jeszcze znane. Pierwszy tom sprawdza się jednak wystarczająco dobrze jako zamknięta całość - zakończenie nie zawiesza nas nad przepaścią i nie sprawia, że przeżywamy męki wyczekując kontynuacji, tak jak się to dzieje chociaż we wciąż nieukończonej "Grze o tron".
Brawa dla autora za stworzenie wyrazistego i interesującego tła. Scenografia stanowi ciekawy koktajl renesansowych i barokowych smaczków, to wszystko utrzymane głównie w tonacji włoskiej jeśli chodzi o nazewnictwo i doprawione bardzo solidną porcją mroku i groteski. Wyobraźcie sobie XVI-wieczną Wenecję lub Florencję w krzywym zwierciadle Tima Burtona... Taka mieszanka mnie przekonuje, przedstawiony świat jest naprawdę klimatyczny i chce się w nim przebywać razem z równie interesującym głównym bohaterem. Lucien, bo tak właśnie brzmi jego imię, należy do tak zwanych orfano, pojawiających się nie wiadomo skąd porzuconych dzieci, których ciała są dziwacznie zniekształcone. Takich osobników w krainie zwanej Landfall żyje obecnie kilkoro, z jednej strony otoczeni są pogardą, z drugiej zrodzonych ze strachu szacunkiem. Wiadomo, że orfano przeznaczono jakąś szczególną rolę, przysługuje im najlepsza edukacja i wszelkie wygody, co wynika z bezpośrednich instrukcji samego króla. Problem w tym, że zamiary władcy wobec podrzutków są okryte tajemnicą - od niepamiętnych czasów nie widział go na oczy nikt oprócz bezimiennego sługi zwanego majordomo.
Nasz Lucien ma więc na głowie całkiem sporo. Musi lawirować pomiędzy śmiertelnie niebezpiecznymi intrygami głównych szlacheckich rodów, radzić sobie z intensywną nauką i jeszcze bardziej niebezpiecznymi testami, w których można stracić nie tylko honor ale i życie, uporać się z pierwszym młodzieńczym zauroczeniem, które nijak ma się do politycznych zamiarów jego protektorów, lecz przede wszystkim pragnie odkryć tajemnicę swojego pochodzenia i swojej odmienności. Z tego wynika oczywiście mnóstwo różnych komplikacji, które ja osobiście z dużą przyjemnością śledziłem.
A więc debiut na naprawdę wysokim poziomie. Książka nie jest jednak bez wad. Mi bardzo przeszkadzał tok narracji, polegający na tym, że co rozdział następuje przeskok w czasie - raz do 'współczesności', raz do wczesnej młodości i dzieciństwa Luciena. Zamiast kreować napięcie, sprawia to że struktura opowieści staje się szarpana i chaotyczna. Jest to zjawisko na tyle upierdliwe, że moją osobistą ocenę obniżam o cały punkt. A więc...
... ostateczna ocena: 4/6
środa, 2 kwietnia 2014
Przygód degenerata ciąg dalszy. Dan Abnett & Mike Lee "Bloodstorm".
Dan Abnett & Mike Lee "Bloodstorm"
(The chronicles of Malus Darkblade #2)
data pierwszego wydania: 27.12.2005 r.
stron: 413
przeczytane: 23.03.2014 r.
Całkiem niedawno miałem wielką przyjemność opisywać pierwszy tom tej zaskakująco dobrej serii - recenzja TUTAJ. Zaskoczenie bierze się stąd, że tzw. "fluff", czyli - mocno uogólniając - książki pisane jako rozwinięcie uniwersum znanego z gry komputerowej czy planszowej, to zazwyczaj literatura lotów co najwyżej średnich, a i to w rzadkich przypadkach. Tymczasem "Kroniki Malusa Darkblade" to fantasy trzymające doskonały poziom. Dzieje się tak po pierwsze za sprawą niezwykle wciągającej fabuły - powieść drogi w połączeniu z realiami Warhammera i niezwykle dynamicznym tempem narracji to mieszanka wybuchowa. Nie mniej istotny jest fakt, że autorzy "Bloodstorm" zdecydowanie znają się na swojej robocie, piszą barwnie i po prostu ładnie, co w tych rejonach gatunkowych jest w miarę rzadkim zjawiskiem.
Malus Darkblade, nasz tytułowy anty-bohater, kontynuuje rozpoczętą w pierwszym tomie przygodę. Tym, którzy jeszcze nie zapoznali się z "The Daemon's Curse" nie chcę psuć zabawy, więc powiem tylko, że historia dotyczy poszukiwań kilku magicznych artefaktów, na których zdobycie Malus ma naprawdę niewiele czasu... Jeśli nie zdąży, czeka go los milion razy gorszy od śmierci. Pierwszy z tych tajemnicznych przedmiotów ukryty jest na wyspie, która dziwnym trafem stanowi siedlisko kultystów chaosu, siejących postrach na okolicznych morzach. Jak przebić się przez ten zabójczy kordon? I jakie inne pułapki kryje wyspa? Skąd wziąć flotę, która pozwoli na zorganizowanie tak niebezpiecznej misji? I jak przetrwać intrygi, które oplatają Hag Graef? Otaczają one miasto mrocznych elfów niczym ciasna pajęczyna, a Darkblade jak na złość zawsze trafia w sam środek tego splotu.
Mamy więc pełnokrwistą powieść akcji. Moja żona zawsze mówi, że są to książki "dla chłopców" - w dużej mierze ma rację. Jeśli oczekujecie dogłębnej analizy psychiki bohaterów oraz skomplikowanych relacji interpersonalnych to czym prędzej uciekajcie. Jeśli jednak macie ochotę na trochę bezpretensjonalnej rozrywki opartej o spektakularne sceny bitew czy pościgów, to gorąco zachęcam - w tej kategorii książka zdobywa zasłużone "pięć plus".
Moja ocena: 5+/6
(The chronicles of Malus Darkblade #2)
data pierwszego wydania: 27.12.2005 r.
stron: 413
przeczytane: 23.03.2014 r.
Całkiem niedawno miałem wielką przyjemność opisywać pierwszy tom tej zaskakująco dobrej serii - recenzja TUTAJ. Zaskoczenie bierze się stąd, że tzw. "fluff", czyli - mocno uogólniając - książki pisane jako rozwinięcie uniwersum znanego z gry komputerowej czy planszowej, to zazwyczaj literatura lotów co najwyżej średnich, a i to w rzadkich przypadkach. Tymczasem "Kroniki Malusa Darkblade" to fantasy trzymające doskonały poziom. Dzieje się tak po pierwsze za sprawą niezwykle wciągającej fabuły - powieść drogi w połączeniu z realiami Warhammera i niezwykle dynamicznym tempem narracji to mieszanka wybuchowa. Nie mniej istotny jest fakt, że autorzy "Bloodstorm" zdecydowanie znają się na swojej robocie, piszą barwnie i po prostu ładnie, co w tych rejonach gatunkowych jest w miarę rzadkim zjawiskiem.
Malus Darkblade, nasz tytułowy anty-bohater, kontynuuje rozpoczętą w pierwszym tomie przygodę. Tym, którzy jeszcze nie zapoznali się z "The Daemon's Curse" nie chcę psuć zabawy, więc powiem tylko, że historia dotyczy poszukiwań kilku magicznych artefaktów, na których zdobycie Malus ma naprawdę niewiele czasu... Jeśli nie zdąży, czeka go los milion razy gorszy od śmierci. Pierwszy z tych tajemnicznych przedmiotów ukryty jest na wyspie, która dziwnym trafem stanowi siedlisko kultystów chaosu, siejących postrach na okolicznych morzach. Jak przebić się przez ten zabójczy kordon? I jakie inne pułapki kryje wyspa? Skąd wziąć flotę, która pozwoli na zorganizowanie tak niebezpiecznej misji? I jak przetrwać intrygi, które oplatają Hag Graef? Otaczają one miasto mrocznych elfów niczym ciasna pajęczyna, a Darkblade jak na złość zawsze trafia w sam środek tego splotu.
Mamy więc pełnokrwistą powieść akcji. Moja żona zawsze mówi, że są to książki "dla chłopców" - w dużej mierze ma rację. Jeśli oczekujecie dogłębnej analizy psychiki bohaterów oraz skomplikowanych relacji interpersonalnych to czym prędzej uciekajcie. Jeśli jednak macie ochotę na trochę bezpretensjonalnej rozrywki opartej o spektakularne sceny bitew czy pościgów, to gorąco zachęcam - w tej kategorii książka zdobywa zasłużone "pięć plus".
Moja ocena: 5+/6
piątek, 14 marca 2014
Warhammerowe smakowitości. Dan Abnett & Mike Lee "Daemon's curse".
Dan Abnett, Mike Lee "Daemon's curse"
(The chronicles of Malus Darkblade #1)
data pierwszego wydania: 07.06.2005 r.
stron: 414
przeczytane: 13.03.2014 r.
(The chronicles of Malus Darkblade #1)
data pierwszego wydania: 07.06.2005 r.
stron: 414
przeczytane: 13.03.2014 r.
Wyimaginowany świat
Warhammera narodził się w pierwszej połowie lat 80., początkowo
jako tło dla figurkowej gry bitewnej by chwilę później ewoluować
również w "papierowy" system roleplaying. Grupka kreatywnych
Anglików, w których głowach zakiełkowała wizja Starego Świata,
Imperium i czterech pragnących absolutnej dominacji potężnych
bogów chaosu, nie spodziewała się wtedy na pewno, że ich twór
stanie się kultowy i że wokół Warhammera wyrośnie niemal cała
gałąź przemysłu, trzymana obecnie w garści przez giełdową
spółkę Games Workshop.
Realia Warhammera to
dość klasyczne fantasy z środkiem ciężkości przesuniętym
zdecydowanie w mroczną stronę. Autorzy systemu nie szukali za
wszelką cenę oryginalności, w wielu aspektach czerpiąc z
chociażby Tolkiena a geografię opierając o rzeczywisty układ kontynentów.
Jednak poprzez maniakalne wręcz zamiłowanie do historycznych,
religijnych i kulturowych szczegółów stworzyli wspaniały i
unikatowy świat, idealnie wręcz nadający się do snucia
bezpretensjonalnych przygodowych opowieści. Nic dziwnego więc, że
powstało wiele książek, których akcja rozgrywa się w przeróżnych
rejonach Starego Świata. Na obecną chwilę jest ich lekko licząc
ponad siedemdziesiąt, mocno zróżnicowanych pod względem poziomu
literackiego. Część z nich to miernej jakości pulp fantasy, w tym
przypadku mamy jednak do czynienia z prawdziwym rodzynkiem.
Głównym bohaterem
książki jest osobnik o wdzięcznym imieniu Malus Darkblade. Należy
on do rasy mrocznych elfów, charakteryzującej się wyjątkowym
okrucieństwem, zamiłowaniem do przemocy, tortur i skrytobójczych
gier. A więc tym razem będziemy obserwować wydarzenia z
perspektywy "tego złego" – interesująca odmiana. Darkblade
pochodzi z najwyższych kręgów elfickiej szlachty, jednakże jako
najmłodszy syn i do tego bękart, zajmuje delikatnie mówiąc
niekorzystną politycznie pozycję. Nasz heros opętany jest jednak
żądzą władzy oraz zdominowania lub zgładzenia stanowiącego
konkurencję rodzeństwa. Aby osiągnąć ten cel, podejmuje
niebezpieczną wyprawę mającą na celu zdobycie kontroli nad pewnym
magicznym artefaktem. A więc fabuła niczym z Conana Barbarzyńcy,
całość opakowana w formę powieści drogi. Malus wraz ze swymi
sojusznikami przemierza mroczną i niepokojącą krainę mrocznych
elfów oraz wynaturzone i niebezpieczne Pustkowia Chaosu, tocząc po
drodze krwawe bitwy, rozwiązując zagadki, intrygując, zwiedzając
tajemnicze ruiny, uciekając przed pogonią – jednym słowem ma
pełne ręce roboty. Akcja podąża w zawrotnym tempie od jednej
przygody do drugiej, nie dając czytelnikowi nawet chwili oddechu.
Zakończenie jest dość zaskakujące i ciekawe, a co istotne –
otwiera drogę do kolejnych czterech tomów opowieści za które ja
już czym prędzej się zabieram.
Tyle moich bynajmniej nie
obiektywnych zachwytów – jako zdeklarowany miłośnik wszystkiego
co z Warhammerem związane nie mógłbym tej książce wystawić
innej oceny niż "bardzo dobra". Czy jednak jest to dobra powieść dla
kogoś niewtajemniczonego? To miłe zaskoczenie, ale raczej tak. Co
prawda w literaturze tego typu brak tak zwanej ekspozycji – autor
słusznie zakłada że 99.9% czytelników będzie wiedziało jaki
stwór kryje się pod nazwą “cold one” albo kim są Bretończycy
– jednak w tym konkretnym przypadku nacisk położony jest na akcję
i nieznajomość realiów nikogo nie dyskwalifikuje, poza tym
wiele rzeczy da się wywnioskować z kontekstu. Mogę więc
śmiało polecić powieść każdemu kto ma ochotę spróbować
“prawdziwej” fantastyki – takiej z magią i mieczem.
Moja ocena: 5+/6
wtorek, 4 marca 2014
Im dalej, tym lepiej. Steven Erikson "Bramy Domu Umarłych".
Steven Erikson "Bramy Domu Umarłych".
data pierwszego wydania: 01.02.2005 r.
stron: 864
przeczytane: 03.04.2014 r.
data pierwszego wydania: 01.02.2005 r.
stron: 864
przeczytane: 03.04.2014 r.
Pod
koniec stycznia tego roku przyszło mi się zmierzyć z pierwszym
tomem gigantycznej sagi Stevena Eriksona. Moje wrażenia znajdują
się tu [LINK].
Ujmując sprawę w skrócie – specjalnie zachwycony nie byłem,
książka przytłaczała swoim nieprawdopodobnym zagmatwaniem i
brakiem tak zwanej ekspozycji – autor rzuca nas od razu na głęboką
wodę, otwiera niezliczoną ilość wątków, odwołuje się do
historycznej wiedzy, której jeszcze nie mamy i każe poszukiwać
różnych ukrytych niuansów w pozornie nieistotnych zdaniach. To
wszystko zostało doprawione co najwyżej przeciętnym warsztatem
pisarskim. W efekcie tom numer jeden otrzymał szkolną tróję, a za
drugi zabrałem się dając Eriksonowi spory kredyt zaufania –
gdybym nie natrafił na pełne zachwytu recenzje kolejnych tomów,
pewnie dałbym sobie spokój.
Na
szczęście okazało się że jest lepiej... Znacznie lepiej. “Bramy Domu Umarłych” to kawałek naprawdę przyzwoitej fantastyki.
Stopień komplikacji co prawda w niczym nie ustępuje “Ogrodom
księżyca”, lecz tym razem opowieść płynie w znacznie bardziej
elegancki sposób. Widać że Erikson podczas pisania tomu pierwszego
wiele się nauczył i dojrzał jako autor. Dostrzec można olbrzymią
poprawę przede wszystkim na polu stylistycznym, wcześniej było pod
tym względem – nie bójmy się tego słowa – okropnie. Tym
razem da się czytać bez zgrzytania zębami, a wręcz mamy kilka
fragmentów naprawdę udanych i zapadających w pamięć. Pisarz
szczególnie dobrze czuje się w scenach o dużej skali, pełnych
heroicznego rozmachu – nie bez powodu “Malazańska księga
poległych” zalicza się do nurtu “epic fantasy”. Co w praktyce
oznacza gigantyczne bitwy z tysiącami poległych, potężną magię
kształtującą czas, przestrzeń i żywioły, ruiny cywilizacji i
legendy liczące sobie kilkaset tysięcy lat, starcia bogów i
demonów...
Fabuła
książki bezpośrednio nawiązuje do “Ogrodów księżyca”,
jednak z umęczonego wojenną kampanią Genabackis przenosimy się
jednak tym razem w całkiem inny rejon świata, poznajemy nowych
bohaterów i włączamy się w nowe wątki. Osią wydarzeń jest
rewolta która wybucha na kontynencie Siedmiu Miast i która ma na
celu rozprawienie się z narzuconą przez Imperium Malazańskie
okupacją. Na czele rewolty stoi apokaliptyczna bogini, wokół
gromadzą się zmiennokształtni, magowie i wreszcie bogowie,
rozgrywający swoją ponadczasowę grę szachów. Osłabione i
zdziesiątkowane siły Imperium ruszają w ich ostatnią wędrówkę
mającą ocalić niewinnych cywili przed rewolucyjnym gniewem,
wędrówkę która przejdzie do historii jako Sznur Psów, a
przewodzący malazańskim siłom Coltaine stanie się żywą legendą.
Streszczenie wszystkich wątków mogłoby zająć kilkanaście stron
i nie ma sensu w tym miejscu zagłębiać się w szczegóły, powiem
tylko że coraz większe wrażenie zaczyna na mnie robić
nieprawdopobna skala opowieści. Wszystko łączy się ze wszystkim,
fakty splecione są w nieprawdopodobnie misterną pajęczą sieć
obejmującą kilka kontynentów i kilkadziesiąt tysięcy lat
historii. A przede mną jeszcze osiem tomów...
A więc przesądzone – czytam dalej i w niedalekiej przyszłości podzielę się wrażeniami z kolejnych części. Dodam jeszcze tylko, że o mojej pozytywnej opinii na temat książki ostatecznie zadecydowało zakończenie, które jest naprawdę spektakularne – wątki misterne plecione przez blisko 900 stron zderzają się w wybuchowym, malowniczym i pełnym dramatyzmu finale.
A więc przesądzone – czytam dalej i w niedalekiej przyszłości podzielę się wrażeniami z kolejnych części. Dodam jeszcze tylko, że o mojej pozytywnej opinii na temat książki ostatecznie zadecydowało zakończenie, które jest naprawdę spektakularne – wątki misterne plecione przez blisko 900 stron zderzają się w wybuchowym, malowniczym i pełnym dramatyzmu finale.
Moja
ocena: 4/6
poniedziałek, 3 marca 2014
Debiut jakich mało. Patrick Rothfuss "Imię wiatru".
Patrick Rothfuss "Imię wiatru".
data pierwszego wydania: 27.03.2007 r.
stron: 662
przeczytane: 22.02.2012 r.
data pierwszego wydania: 27.03.2007 r.
stron: 662
przeczytane: 22.02.2012 r.
Patrick
Rothfuss objawił światu swoją debiutancką powieść zatytułowaną
“Imię Wiatru” stosunkowo niedawno, bo w 2007 roku. Świat błyskawicznie oszalał. Autor praktycznie w momencie przebił się na
salony i dziś jego dzieło jest wymieniane jednym tchem obok
“Władcy pierścieni” czy “Gry o tron” jako najściślejsza
czołówka fantastyki – wystarczy spojrzeć chociażby na niedawno
sporządzony ranking na portalu reddit [KLIK] tudzież listy przebojów na stronie goodreads [KLIK].
Często
spotykaną w recenzjach książek fantasy praktyką stało się
porównywanie danej pozycji do “Imienia Wiatru”, tak jakby był
to jakiś niewzruszony niczym centrum wszechświata punkt
odniesienia. Nie wierzycie? Poszperajcie trochę po anglojęzycznych
stronach książkowych. Być może niedługo dojdzie do tego, że
literaturę gatunku będzie oceniać się nie w gwiazdkach czy
punktach ale w “Rothfussach”. Ile w tym wszystkim zdrowego
rozsądku a ile zwykłego wariactwa, któremu łatwo ulegają ludzkie
masy? Postarajmy się sprawdzić.
Recepty
Rothfussa na medialny i komercyjny sukces należy przede wszystkim
szukać we wspólnych korzeniach z... przygodami Harry'ego Pottera.
“Imię Wiatru” w wielu aspektach przypomina łudząco przebojową
serię J.K. Rowling. Angole mają na tego typu utwory wdzięczną
nazwę - “coming-of-age story”, co oznacza że tropami bohatera
podążamy od lat szczenięcych aż po dorosłość, biorąc udział
w jego przygodach, rozterkach, edukacji i pierwszych romansach. W tym
przypadku obserwujemy dokonania niejakiego Kvothe – osobnika,
którego historia jest pogmatwana i pełna zwrotów, który swoimi
działaniami zmienił losy świata i który z jakiegoś powodu zwany
jest Królobójcą . Kvothe relacjonuje historię swego życia z
perspektywy czasu – poznajemy go w roli skromnego karczmarza,
szukającego zapomnienia w ukryciu przed światem i przed ciągnącą
się za nim famą. Nie wiemy co tak naprawdę zrobił Kvothe,
dlaczego jego imię budzi szacunek i strach, dlaczego w oczach
niektórych jest niemal półbogiem – ten aspekt narracji jest
naprawdę fenomenalny i sprawia, że od książki nie można się
odkleić. Ja przynajmniej za wszelką cenę chciałem dowiedzieć
się, co sprawiło, że potężny mag-legenda zaszył się pod
fałszywym imieniem na zapomnianym przez wszystkich zadupiu w niezbyt
uczęszczanej gospodzie i na jakiekolwiek próby grzebania w jego
przeszłości reaguje w jednoznacznie negatywny sposób. Z góry
uprzedzam, że odpowiedzi na to pytanie brak - “Kroniki Królobójcy”
w zamyśle autora mają być trylogią, trzecia i finałowa część
póki co nie ujrzała jeszcze światła dziennego, choć
niewykluczone że ukaże się w 2014 roku. Mnie czekanie na ostatni
tom doprowadza niemal do szału...
Wróćmy
do naszego superbohatera. Dlaczego superbohatera? Ano dlatego, że
Kvothe od swoich najwcześniejszych lat szczenięcych jest cudownym
dzieckiem, obdarzonym niezwykłymi talentami. Wszystko czego się
dotknie, zmienia się w przysłowiowe złoto, jest geniuszem sztuki,
magii i nauki – wiem że ta cecha niektórych czytelników irytuje
i uważają że autor nieco przesadził ze wspaniałością swego
protagonisty. Ja zasadności tych zarzutów nie dostrzegam i zupełnie
się z nimi nie zgadzam – Kvothe to fascynująca i barwna postać
właśnie za sprawą swojej przejaskrawionej doskonałości – ale
przytaczam je tu dla porządku. Wszechpotężne talenty
akademicko-artystyczne równoważone są przez inny niebagatelny
talent do pakowania się w kłopoty i przysparzania sobie wrogów.
Kvothe przyciąga problemy jak magnes, do tego ma delikatnie mówiąc
niełatwy charakter, w wyniku czego jego młodość stanowi pasmo
komplikacji, nieszczęść i konfliktów. Większość tych perypetii
ma związek z magicznym Uniwersytetem – nasz młodzieniec ma w
życiu jeden cel, któremu podporządkowane jest wszystko inne – od
najwcześniejszych lat szczenięcych chce zostać czarodziejem i
poznać tytułowe “imię wiatru”. Już wiecie co miałem na myśli
wspominając o Potterze. Tyle że w tym przypadku mamy Pottera dla
dorosłych.
Widzicie
więc, że nie oryginalność stanowi o sile tej książki – można
śmiało powiedzieć “to już było i to nieraz”. Skąd w takim
razie zachwyty, pieśni pochwalne i grono fanów? Odpowiedź tkwi w
absolutnej i nieziemskiej perfekcji Rothfussa. Mogę śmiało
powiedzieć, że pisarz ten ma niewyobrażalny talent, z którym
rodzi się jeden człowiek na sto milionów. Podobny dar posiada
Stephen King – jego powieści są czasem banalne, rzadko ambitne i
w wielu przypadkach bazują na tanich efektach specjalnych, jednak
facet ten ma tak niezwykły dar opowiadania, że
zapominamy o wszelkich intelektualnych pretensjach i innych
snobizmach i czytamy z zapartym tchem do piątej rano. Wirtuozeria ta
przejawia się wszędzie – w charakteryzacji bohaterów, w
dialogach, w tym jak opakowana i podana jest fabuła. Nie umiem rozłożyć tej konkretnej książki na czynniki pierwsze i pokazać dokładnie palcem, co konkretnie Rothfuss zrobił dobrze,
raczej powiedziałbym że dobrze zrobił wszystko...
Na
koniec recenzji powiem Wam jeszcze tylko, że raz na kilka lat zdarza
mi się taka lektura, której za nic w świecie nie chcę kończyć
– bo obawiam się, że potem nic już nie będzie takie samo i być może
nic już mnie tak bardzo nie zachwyci. Niech ta myśl posłuży za
podsumowanie.
Ocena
może być tylko jedna: 1 Rothfuss czyli 6+/6
poniedziałek, 10 lutego 2014
Tropem Sapkowskiego. Marcin Mortka "Miecz i kwiaty. Tom 1."
Marcin Mortka. "Miecz i kwiaty. Tom 1."
data pierwszego wydania: 2008 r.
stron: 472
przeczytane: 10.02.2014 r.
data pierwszego wydania: 2008 r.
stron: 472
przeczytane: 10.02.2014 r.
Schyłek XII wieku. W Ziemi Świętej
balans sił przechyla się na niekorzyść krzyżowców. Za sprawą
Salah ad-Dina, genialnego stratega, którego można by nazwać
islamskim Napoleonem, europejskie rycerstwo ponosi miażdżącą
klęskę pod Hattinem. Większość terytorium Outremer trafia
pod kontrolę saracenów, pod kontrolą chrześcijan pozostaje tylko
niewielki kawałek wybrzeża. Rozpoczyna się desperacka walka o
utrzymanie tego ostatniego bastionu, podczas gdy w Europie trwają
przygotowania do trzeciej krucjaty, na której czele staną królowie
największych politycznych i militarnych potęg – Fryderyk
Barbarossa, Filip II August oraz Ryszard Lwie Serce.
Tyle historycznych realiów, od tego
momentu rytm dyktuje wyobraźnia autora. Poznajcie Gastona de
Baideaux, naiwnego i łatwowiernego szlachica z ubogiego rodu, który
w towarzystwie księdza i sługi-niemowy wyrusza na wyprawę
krzyżową, aby oczyścić się z winy za zbrodnię. Od pierwszych
chwil swego pobytu w Tyrze zostaje jednak wplątany w zabójczą grę,
w której biorą udział templariusze, ismailiccy asasyni, europejscy
możni i pewna przebiegła szlachcianka. Dodajmy do tego szczyptę
magii – Gaston nie jest przeciętnym szlachetką, towarzyszy mu
pewien nadprzyrodzony byt, którego natura i intencje nie są do
końca jasne, w powieści pojawia się także czarodziejka oraz...
posłaniec piekieł. Akcja toczy się wartko i bez przestojów, autor
zgrabnie zachowuje równowagę pomiędzy intrygą i rąbaniną na
miecze i udaje mu się podtrzymywać zainteresowanie fabułą na tyle
sprawnie, że 400 stron z kawałkiem mija nie wiadomo kiedy. Tom
pierwszy pozostawia wiele kwestii (w tym jedną fundamentalną...)
bez odpowiedzi i zdecydowanie wywołuje apetyt na więcej.
Książka budzi bardzo silne i
uzasadnione skojarzenia z trylogią o Reinmarze z Bielawy autorstwa
Sapkowskiego. W obu przypadkach mamy mocno podkolorowane 'historical
fiction', podobny jest sposób prowadzenia narracji a nawet szkic
drużyny bohaterów – naiwniak zderzający się z brutalnym
światem, siłacz-tępak i cyniczny spryciarz – przypomnijcie sobie
Reynevana, Samsona i Szarleja a potem porównajcie ich z Gastonem,
Bernardem i Vittorio. Krótkie wstępy poprzedzające każdy rozdział
również do złudzenia przypominają “Narrenturm” i kolejne tomy
husyckiej trylogii. Ja narzekać z tego powodu na pewno nie będę,
bo Sapkowskiego wręcz uwielbiam!
Samo wykonanie w przypadku “Miecza i
kwiatów” nie jest jednak aż tak świetne. Nie jestem w stanie
przyczepić się do żadnego konkretnego aspektu powieści, bo jest
ona zwyczajnie dobra. Brakuje jej jednak, mówiąc kolokwialnie,
kopa. “Narrenturm”, “Boży bojownicy” i “Lux perpetua”
obfitowały w sceny, po których moja szczęka lądowała na podłodze
i byłem gotów paść na kolana przed narracyjnym kung-fu
Sapkowskiego. Tutaj autor nie prezentuje aż takich momentów
oświecenia, pisze równo i solidnie, ale bez tego nieuchwytnego
błysku geniuszu. Co nie zmienia faktu, że po kolejne tomy na sto
procent sięgnę i to już niedługo.
Moja ocena: 4-/6
sobota, 1 lutego 2014
Fantasy dla zaawansowanych. Steven Erikson "Ogrody księżyca".
Steven Erikson "Ogrody księżyca"
data pierwszego wydania: 1999 r.
stron: 497 (edycja cyfrowa Amazon)
przeczytane: 31.01.2014 r.
Relacja łącząca mnie z twórczością
Eriksona jest nieco specyficzna. Jestem wielkim fanem fantasy i
książki tego typu mogę pochłaniać w dowolnych ilościach, jednak
z cyklem “Malazańskiej księgi poległych” nigdy nie było mi po
drodze – a jest on przecież jednym z bardziej znanych obok “Koła
czasu” R. Jordana czy “Pieśni lodu i ognia” G.R.R. Martina.
Jordana nie trawię, Martina uwielbiam, przyszedł wreszcie czas aby
wyrobić sobie opinię na temat Eriksona.
Pierwszy tom serii, czyli “Ogrody
księżyca” wpadł mi w ręce jakoś niedługo po polskiej
premierze, czyli na przełomie 2000 i 2001 roku. Leżał cierpliwie i
czekał na swoją kolej, aż wreszcie po trzech czy czterech latach
zaginął podczas jednej z wielu w tamtych czasach przeprowadzek. Nie
lepiej wiodło się wersji elektronicznej, która spoczywała w
czeluściach mojego Kindla aż do dziś. Po prostu zawsze akurat coś
stawało na przeszkodzie... Odkładanie Eriksona na przysłowiowe
“jutro” trwało tak długo, że myślałem że już nigdy w życiu
nie uda mi się tego cyklu rozpocząć.
Pewnego dnia jednak planety ustawiły
się w odpowiednim porządku i wreszcie zabrałem się do pracy. Tak,
do pracy. Poczytajcie recenzje i komentarze – szybko zobaczycie, że
“Ogrody” otacza już niemal legenda, której przedmiotem jest
absurdalny poziom skomplikowania opowieści. Bardzo wiele osób
jeszcze w połowie pierwszego tomu odpuszcza sobie dalszą przygodę
z Imperium Malazańskim, sam Erikson straszy i przestrzega, że na
początku będzie pod górkę, zarazem obiecując wyjątkowe
doznania, jeśli tylko przebrniemy przez wstępne trudności.
Te wszystkie opinie są w znacznym
stopniu uzasadnione. “Ogrody księżyca” są piekielnie
skomplikowane i wymagają ogromnego skupienia. Postaram się wam
pokrótce wytłumaczyć na czym cała trudność polega. Erikson wraz
ze swym przyjacielem Ianem C. Esslemontem stworzył przeogromny,
dopracowany w najdrobniejszych detalach świat, który przez lata
ewoluował jako tło dla autorskiego systemu RPG, następnie
scenariusz serialu, potem dopiero jako cykl książek. W tenże
wielki świat wpadamy bez żadnego przygotowania. Ze wszystkich stron
atakują fakty historyczne i geograficzne, nowe rasy, system magii i
wreszcie cała siatki misternych intryg i politycznych zależności.
Znaczną część tych informacji otrzymujemy gdzieś między
wierszami, na przykład w jakimś pozornie mało znaczącym dialogu,
który później okazuje się kluczowy dla zrozumienia wielu
wydarzeń. Puzzle trzeba pracowicie poskładać samemu, autor w
przedmowie podkreśla, że nie ma zamiaru nikogo karmić łyżeczką.
Efekt jest dokładnie taki, jakbyśmy rozpoczęli czytanie jakiejś
stosunkowo skomplikowanej serii od, dajmy na to, setnej strony
czwartego tomu. Albo jeszcze inaczej – to tak, jakby sięgnąć po
ambitną pozycję typu “historical fiction” osadzoną w realiach
o których nie mamy zielonego pojęcia. Tak zwany czeski film.
Sytuacja stopniowo rozjaśnia się w miarę lektury ale tylko
nieznacznie - nie każdemu starczy samozaparcia, to dość
specyficzna forma rozrywki.
Książka rusza od pierwszego zdania w
zawrotnym tempie, otwierając jednocześnie kilka kluczowych wątków,
które stopniowo zaczynają zmierzać do wspólnego punktu. Erikson
nie traci czasu na żadne rozwklekłe opisy przyrody tudzież inne
dywagacje, lecz goni na łeb na szyję poprzez gąszcz wydarzeń.
Tłem historii jest wojenna kampania, którą Imperium Malazańskie
prowadzi na kontynencie Genabackis. Imperium to stosunkowo młody
twór polityczny (liczy sobie zaledwie jedno stulecie) i na wzór
choćby starożytnego Rzymu, rozwija się przez agresywny podbój i
aneksję swoich sąsiadów. Dotychczasowe wyprawy zbrojne były
niekwestionowanym sukcesem, jednak na Genabackis sprawy zaczynają
się trochę komplikować. Opór najeźdźcom stawiają już co
prawda tylko dwa istotne strategicznie miasta – Pale i Darudżystan,
ale ich zdobycie nie będzie bynajmniej sprawą prostą. I w tym
punkcie rozpoczyna się właściwa opowieść. Koleje toczącej się
wojny poznajemy z punktu widzenia kilku bohaterów. Młody i nieco
idealistyczny oficer o szlacheckich korzeniach, Ganoes Stabro Paran,
wykonuje tajemniczą misję zleconą mu niespodziewanie przez prawą
rękę samej cesarzowej Laseen. Zaprawieni w bojach żołnierze
elitarnej i otoczonej legendą formacji Podpalaczy Mostów pod
dowództwem sierżanta Whiskeyjacka wyruszają do Darudżystanu aby
“zmiękczyć” miasto przed właściwym oblężeniem. Bitewna
czarodziejka Tattersail zostaje wplątana w śmiertelnie
niebezpieczne intrygi na najwyższych szczeblach władzy. I tak dalej
– wszystkich linii fabularnych nie ma sensu w tym miejscu
przytaczać. Splatają się one w każdym razie w spektakularnym
finale, po którym losy kontynentu Genabackis i całego Imperium
ulegną znaczącej zmianie. Z pewnością na każdym wrażenie zrobi rozmach kreowanej historii i dbałość o mikroskopijne wręcz szczegóły. Interesująca jest też charakteryzacja kilku bohaterów, mi szczególnie przypadł do gustu przechodzący wewnętrzną przemianę kapitan Paran oraz tajemniczy lord Anomander Rake.
Skonstruowane przeze mnie naprędce
podsumowanie zahacza może o 30% wątków i wydarzeń mających
miejsce w tej powieści. W ten sposób możecie sobie z grubsza
wyrobić zdanie na temat stopnia zagmatwania “Ogrodów”. Pytanie
więc, czy warto się aż tak wysilać? Ja osobiście wstrzymam się
z oceną i przeczytam jeszcze co najmniej ze dwa tomy. Niech znawcy
“Malazańskiej księgi poległych” poprawią mnie jeśli się
mylę, ale część pierwsza sprawia wrażenie niezwykle
rozbudowanego prologu, który daje wyłącznie przedsmak tego, co
może się dalej wydarzyć. Z niejednego źródła zresztą
słyszałem, że w kolejnych częściach opowieść wspaniale się
rozkręca i warto wykazać się cierpliwością. Cała ta zabawa
przypomina mi jedną z moich ulubionych rozrywek z dzieciństwa
– zagadkę-rysowankę typu “połącz kropki”. W “Ogrodach
księżyca” otrzymujemy więc całe mrowie chaotycznie
porozrzucanych kropek, z których bardzo powoli wyłania się jakiś
obraz. Liczę na to, że w kolejnym tomach nabierze on ostrości i
powali mnie na kolana, tak jak obiecuje wielu fanów autora.
Moja ocena: 3/6
czwartek, 9 stycznia 2014
Śródziemie wersja 2.0. Raymond E. Feist “Magician”.
Raymond E. Feist “Magician”
data wydania: pierwsza publikacja 1982 r.; 10.09.2012r. (e-book)
Stron: 704 (kindle edition)
wydawca: Harper Voyager
przeczytane: 09.01.2014 r.
Pod tytułem “Magician” kryją się zebrane w obszerną całość dwa pierwsze tomy niemłodej już sagi “Riftwar”. Stworzony przez Feista świat Midkemii znany jest z pewnością wielu osobom, które bliżej zetknęły się z klasycznym fantasy. Gatunek ten na potrzeby niniejszej krótkiej recenzji ochrzcimy mianem “sakiew”. Czemu “sakwy”? Autorem tej uroczej klasyfikacji jest moja małżonka, która znużona już nieco lekturą dwóch monstrualnych tasiemców – serii o wiedźminie Geralcie oraz siedmu tomów “Mrocznej wieży” Kinga – zaprotestowała przeciwko dalszemu czytaniu książek, w których są tylko w kółko sakwy, rzemienie, sztylety i łuki, tęskniąc za bohaterami którzy np. korzystają z telefonu tudzież komputera. Dyskusja była długa, dobrego imienia “sakiew” broniłem do upadłego, tak czy inaczej – nazewnictwo pozostało u nas do dziś.
Ten przydługi wstęp był mi niezbędny, aby móc teraz stwiedzić, że twórczość Feista to “sakwy” w najczystszej postaci – spodziewajcie się elfów, krasnoludów, dużo białej broni i szlacheckich tytułów, a także licznych podróży po lesie, górach i wszelkich innych zdradzieckich terenach. Autor może nawet nieco przesadził z trzymaniem się kanonu - “nawiązania” do Tolkiena mogą budzić lekkie zażenowanie i nie wiem czy bardziej na miejscu nie byłoby określenie ich wręcz plagiatem. Co powiecie przyładowo na to? Drużyna zmierzająca z ważną dla losów całego królestwa misją musi przedostać się na drugą stronę łańcucha górskiego. Zła pogoda i inne przeszkody sprawiają jednak, że jedyna droga prowadzi przez dawno opuszczoną krasnoludzką kopalnię – oczywiście zamieszkałą przez potwory. Przytaczam tu najbardziej ordynarną kalkę z “Władcy pierścieni” ale podobnych przypadków jest nieco więcej. Przewodni motyw niepozornego chłopaka znikąd (koniecznie sieroty!), który w wyniku niezwykłego splotu okoliczności zostaje uczniem maga i w wyniku kolejnego, jeszcze bardziej niezwykłego szeregu wydarzeń staje się jedną z osób o decydującym wpływie na losy całej Midkemii również trudno uznać za oryginalny czy szczególnie błyskotliwy. Nawet będący najbardziej charakterystycznym wyróżnikiem tej książki wątek wojny dwóch równolegle istniejących światów (nieco na wzór inwazji obcych) – traci na wyjątkowości, gdyż Feist tworząc tło dla atakującego Midkemię imperium nie wysilając się zbytnio zaadaptował realia japońskie, zamiast zaproponować coś, czego jeszcze nie było.
Czy to wszystko oznacza, że “Magician” jest słabą książką? Ależ w żadnym wypadku! Jeśli podejdziecie do całości z lekkim dystansem, oczekując rozrywki i przygody zamiast popisu kreatywności, to okaże się że lektura jest wyjątkowo przyjemna. Powodem tego jest całkiem przyzwoity warsztat pisarza połączony z super szybką akcją – płynie ona wartko, nie ma absolutnie żadnych dłużyzn, wszystko co nie jest kluczowe dla fabuły Feist bezlitośnie pomija, nierzadko przeskakując do przodu o całe miesiące czy lata. Powstaje więc swego rodzaju kocioł, w którym mieszają się bitwy lądowe i morskie, magia, intryga, strategia, podróże, złodzieje, smoki, gobliny i... uff... nawet nie wiem, kiedy przeleciało te 700 stron.
Moja ocena: 4-/6
czwartek, 2 stycznia 2014
Wiedźmin: reaktywacja. Andrzej Sapkowski "Sezon burz".
Andrzej Sapkowski "Sezon burz"
data wydania: 05.12.2013r. (e-book), 06.11.2013r. (okładka miękka)liczba stron: 572
wydawca: superNOWA
przeczytane: 16.11.2013r.
Wielotomowy cykl opowieści o
wiedźminie Geralcie wspominam z dużą dozą sentymentu. Lata
dziewięćdziesiąte to czasy mojej wielkiej fascynacji "papierowymi" grami RPG oraz literaturą fantasy - wtedy spod znaku Ursuli K. Le
Guin, Raymonda E. Feista czy Michaela Moorcocka. Powstający w
tamtych czasach siedmioczęściowy tasiemiec Sapkowskiego wstrzelił
się więc idealnie w moje zainteresowania oraz wywrócił do góry
nogami komfortowy światek "średniowiecznej" fantastyki nie
wyłamującej się zbytnio z post-tolkienowskiej konwencji. Okazało
się nagle, że główni bohaterowie mogą mieć motywacje o wiele
bardziej przyziemne niż ocalenie świata przed zagładą, mogą
przeklinać, popełniać błędy i podejmować złe decyzje czy
zabijać z zimną krwią w imię własnych interesów. Elfy mogą być
okrutną i ksenofobiczną rasą zamkniętą w kręgu swoich
uprzedzeń, a krasnoludy mogą oddawać się pijaństwu i hazardowi
niczym, nie przymierzając, osiedlowi menele. Andrzej Sapkowski stał
się więc jednym z prekursorów tak obecnie modnego za sprawą "Game
of Thrones" nurtu mrocznej i naturalistycznej fantasy.
Dość jednak o wiedźminie sprzed
ponad 10 lat - zamierzam do niego jeszcze niedługo wrócić i
zweryfikować swoje młodzieńcze fascynacje, wtedy też z pewnością
powstanie jakiś obszerny post. Porozmawiajmy raczej o wiedźminie
współczesnym... który wziął wszystkich z zaskoczenia. Zważając
na zakończenie sagi oraz na wypowiedzi samego autora, mało kto
spodziewał się kontynuacji przygód Geralta. Z drugiej strony także
mało kto spodziewał się spektakularnego światowego sukcesu
komputerowej adaptacji - wydane w latach 2007 oraz 2011 przez CD
Projekt RED gry mocno zatrzęsły branżą i przyniosły deweloperowi
gigantyczne zyski. Podejrzewam więc, że niebagatelne znaczenie dla
reaktywacji cyklu miał aspekt biznesowy. Moje obawy o to, że mamy
do czynienia z typowym "skokiem na kasę" były więc silne, lecz na
szczęście jak się okazało raczej nieuzasadnione - "Sezon
Burz" to książka całkiem przyzwoita.
Wstrząsu na miarę "Krwi Elfów"
i natychmiastowej wpisania do kanonu klasyków spodziewać się nie
należy. Nowy tom nie ma już takiej świeżości, nie charakteryzuje
się aż takim rozmachem oraz - to mój podstawowy zarzut - trochę
kuleje w kwestii prezentacji bohaterów, którzy dawniej byli
niesamowicie wyraziści i żywi, mieli swoje motywacje i swoje
naprawdę niełatwe dylematy, teraz wydają mi się przedstawieni
dosyć dwuwymiarowo - ot, Jaskier brzdąka na lutni, czarodziejki
zasadzają się na cnotę Geralta a czarny charakter zabija bo jest
zły. Brakuje mi prawdziwie diabolicznego Vilgefortza, Ciri -
rozdartej i zbuntowanej nastolatki, dziwacznego Regisa - przykłady
można by mnożyć. To samo można powiedzieć o bohaterach
pobocznych - dawny cykl prezentował nam cały poczet królów,
magów, szpiegów i innych szemranych postaci, obecnie dramatis
personae - że się tak uczenie wyrażę - spowadza się do
kilkunastu pozycji. Otrzymujemy więc książkę bliższą pierwszym
opowiadaniom Sapkowskiemu (tomy “Miecz Przeznaczenia" i
"Ostatnie Życzenie") niż późniejszemu pięcioczęściowemu
cyklowi.
Tyle krytyki, teraz może nieco o
pozytywach. Przede wszystkim, Sapkowski nadal wie jak konstruować
dobre dialogi. Są żywe, często dowcipne i pełne słowiańskich
smaczków - życzę powodzenia tłumaczowi. Każdy bohater ma swój
styl i jest rozpoznawalny. Co jeszcze? Nikt chyba nie będzie
zaskoczony, jeśli powiem że mocnym punktem książki są sceny
walki - autor zawsze w tej kwestii prezentował bardzo mocny warsztat
i tym razem też bynajmniej nie rozczarowuje. Krwawe popisy Geralta
nadal robią wrażenie i wywołają dreszczyk satysfakcji u każdego
miłośnika średniowiecznej batalistyki. Przede wszystkim, jak za
dawnych lat, autor doskonale potrafi oddać zimne okrucieństwo i
kontrolowaną agresję Wiedźmina, który sprowokowany staje się
niczym niebacznie nadepnięta kobra. W tej dziedzinie z Sapkowskim
rywalizować jest ciężko - ze znanych mi pisarzy potrafi to
właściwie tylko Abercrombie, którego "scena z monetą" w "Best
Served Cold" jest moim osobistym punktem odniesienia w tej
dziedzinie.
I tak oto dobrnęliśmy do końca tejże
recenzji i do nieuchronnej konkluzji - czy warto skusić się na "Sezon
Burz" i czy powrót po latach nie zakończył się, jak to
często w życiu bywa, niesmakiem i rozczarowaniem. Odpowiem tak -
dwa razy nie wchodzi się do tej samej rzeki i takiego Geralta jak
kilkanaście lat temu już nie ma i nie będzie. Obyło się jednak
bez obciachu i powstała całkiem znośna lektura po którą warto w
wolnej chwili sięgnąć.
Moja ocena: 3+/6
Subskrybuj:
Posty (Atom)















