Drop Down MenusCSS Drop Down MenuPure CSS Dropdown Menu
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ocena 5. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ocena 5. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 14 lipca 2014

Debiut od razu w czołówce. Anthony Ryan "Blood song".

Anthony Ryan. "Blood song". 
(Raven's shadow #1)

data pierwszego wydania: 22.01.2012 r.
stron: 592
przeczytane: 11.07.2014 r.

Parę miesięcy temu rozpływałem się w zachwytach nad atomowym debiutem Patricka Rothfussa (listę pochwał znajdziecie W TYM MIEJSCU), ubolewając zarazem, że pewnie nieprędko będę mieć okazję przeczytać coś równie dobrego i równie wciągającego. Z pomocą pospieszył jak zwykle niezawodny Goodreads i nakierował mnie na Anthony'ego Ryana, który od czasu opublikowania w 2012 roku swojej pierwszej powieści zatytułowanej "Blood song" zdołał już zyskać uznanie tysięcy fanów na całym świecie. Znajomość z Ryanem postanowiłem odłożyć nieco w czasie i cierpliwie poczekać na ukazanie się drugiego tomu serii - każdy, kto ogląda seriale hurtem dopiero po zakończeniu sezonu z pewnością mnie zrozumie. Długo wyczekiwana premiera miała miejsce nieco ponad tydzień temu i w efekcie wreszcie mogłem śmiało zanurzyć się w świeżym, pachnącym jeszcze nowością świecie fantasy.

Wspólne cechy z sagą o Królobójcy ewidentne są już od pierwszych linijek. Szkielet na którym opiera się fabuła jest bardzo podobny - młody chłopak obdarzony licznymi talentami rozpoczyna niemiłosiernie trudną edukację, która w ogniu licznych prób i testów ma przekuć go w kogoś wyjątkowego. U Rothfussa Kvothe pragnął zostać magiem i poznać tajemnicze imię wiatru. Tutaj Vaelin Al Sorna dokonuje rzeczy niemożliwych aby stać się jednym z braci-wojowników w szeregach tak zwanego "sixth order", czyli w wolnym tłumaczeniu "szóstego zakonu" - elitarnego zbrojnego ramienia zjednoczonego królestwa. Zakonów, tudzież "orderów", jest w wyimaginowanym świecie oficjalnie sześć, nieoficjalnie siedem. Każdy z nich służy religijnym ideałom, jak i interesom państwa, jeden jako zgromadzenie uczonych, inny jako swego rodzaju służba zdrowia, jeszcze inny tropi zawzięcie heretyków. I tak dalej.

Obaj młodzieńcy mają przed sobą wyjątkową przyszłość. Dlaczego Kvothe nosi takie a nie inne miano? Czemu jest tak sławny? Tego dowiemy się gdy tylko Patrick Rothfuss zabierze się w końcu do roboty i ukończy trzeci tom serii. W przypadku Vaelina pewne skrawki informacji otrzymujemy już od pierwszych stron, kiedy to głównego bohatera poznajemy jako trzydziestoletniego mężczyznę relacjonującego historię swojej chwały i swojego upadku imperialnemu kronikarzowi. Z rozdziału na rozdział śledzimy jego rozwój - od przerażonego dziesięciolatka po zabójczo skutecznego młodego wojownika, który jest gotów aby wziąć los w swoje ręce. Al Sorna staje się najlepszym adeptem zakonu i zarazem narzędziem w rękach samego króla. A to dopiero początek. Nadchodzi wojna, w której Vaelin i jego towarzysze odegrają kluczową rolę.

Niestety, ja osobiście mam z całą tą konstrukcją pewien problem. Otóż wybuchowa i spektakularna kariera Vaelina, stanowiąca w zasadzie fundament na którym została zbudowana cała powieść, wydaje się bardzo mocno naciągana. O ile protagonista Rothfussa był naprawdę cudownym dzieckiem, niemal połączeniem Leonarda da Vinci, Mozarta i Newtona, o tyle al Sorna nie wykazuje przez znaczną część książki żadnych niespotykanych uzdolnień poza dość dużym talentem do obsługi miecza i innych ostrych narzędzi. Nie przeszkadza mu to, aby zostać niemal z urzędu wytypowanym na przyszłego następcę Aspekta - najbardziej wpływowego człowieka w całym zakonie. Także sam król, przedstawiony jako osoba bardzo sprytna i szatańsko wręcz przenikliwa,  niewiele myśląc czyni Vaelina swoim zaufanym agentem i powierza mu istotne misje. Mnie taka pchana na siłę do przodu konstrukcja nie przekonuje. Jeszcze bardziej naiwny jest wątek talentu magicznego głównego bohatera, który ujawnia się w późniejszej części opowieści. Talent ten, zbliżony nieco do jasnowidzenia,  prowadzi go niemal jak po sznurku od punktu A do punktu B, działając jako bezczelny deus ex machina, gdy fabuła natrafia na wąskie gardło.

Cóż, lubię się czepiać i lubię historie płynące w naturalny sposób, bez popychania ich na siłę za pomocą różnych topornych zabiegów. Ale moja upierdliwość nie zmienia jednak faktu, że powieść  jest wciągająca, trzymająca w napięciu i fantastycznie napisana. Jeśli żelazną logikę odwiesicie na chwilę na kołek i zignorujecie czasem grubymi nićmi szyte zwroty fabuły, które nakreśliłem w poprzednim paragrafie, to przed wami kilkaset stron książki akcji naprawdę wysokiej próby. Tajemnica kryje się jak zwykle w narracji, Ryan pisze w na tyle ciekawy sposób, że można mu różne koncepcyjne potknięcia wybaczyć. Potrafi zaskakiwać, budować napięcie, kontrolować tempo, generalnie czuje się swobodnie jak stary wyjadacz, który ma za sobą całe dziesięciolecia twórczości a nie jak prawie że żółtodziób z zerowym dorobkiem literackim. Brawo.

Stosując wdrożoną w recenzji "Imienia wiatru" pseudo-skalę dałbym powyższej książce jakieś 0.85 "Rothfussa". Powieść o Królobójcy jest w moim odczuciu o całą ligę lepsza, ale dzieło Anthony'ego Ryana zasługuje na bardzo mocną piątkę.

Moja ocena: 5/6





wtorek, 10 czerwca 2014

Jak zwykle solidnie. Stephen King "Worek kości".

Stephen King. "Worek kości".

data pierwszego wydania: 1989 r.
stron: 736
przeczytane: 08.06.2014 r.

“Kultura popularna” zazwyczaj nie oznacza nic dobrego. Moje pierwsze i natychmiastowe skojarzenia oscylują wokół śpiewających zniewieściałych gogusiów, śmieciowego żarcia rodem z sieci fast-foodów, tandetnych hollywoodzkich filmów akcji oraz książkowych serii o wampirach ze szkoły średniej. W nielicznych przypadkach okazuje się jednak, że można wydać dzieło prawdziwe masowe bez cienia żenady i bez robienia z odbiorcy idioty. Specjalistą od takich sprytnych rozwiązań jest Stephen King, który od bez mała czterdziestu lat bombarduje nas nieprawdopodobną ilością powieści, z których większość odnosi znaczący komercyjny sukces, zachowując przy tym bardzo wysokie walory artystyczne.

“Worek kości” to jeden z bardziej znanych i jeden z wyżej ocenianych tytułów w dorobku autora. Historia nie powinna zaskoczyć specjalnie nikogo, kto z kingowskim światem miał już wcześniej do czynienia. Mamy więc siły nadprzyrodzone, zgniłą mentalność zapadłych amerykańskich miasteczek i silnie zarysowanego męskiego protagonistę, który znalazł się na ostrym zakręcie życia. Czterdziestoletni Michael jest znanym i spełnionym pisarzem, którego powieści trafiają regularnie do ścisłej czołówki bestsellerów. Nie może się on jednak od kilku lat pozbierać po nieoczekiwanej śmierci żony, przez co cierpi na całkowitą blokadę twórczą. Jego kariera wisi więc na włosku i pomimo bezpiecznej sytuacji materialnej gwarantowanej przez spore oszczędności na koncie, Mike zaczyna tracić poczucie sensu własnego życia. Pchany przez trudne do wyjaśnienia, nieracjonalne impulsy oraz przez uporczywe koszmary, wyrusza do malowniczej, położonej nad brzegiem jeziora letniej rezydencji Sara Laughs, w której niegdyś spędził wiele cennych chwil ze swoją małżonką. Na miejscu okazuje się, że letniskowy dom kryje w sobie mroczne historie sprzed wielu dekad, które żona naszego bohatera w ostatnich miesiącach swojego życia poruszyła niczym przysłowiowe mrowisko kijem.

Opowieść traktuje więc o duchach, o zbrodni, o małomiasteczkowym okrucieństwie. Mocna książka, obfitująca w wiele brutalnych, szokujących scen, do czego King zdołał już swoich czytelników przyzwyczaić. Nie zostawia znów suchej nitki na amerykańskim społeczeństwie, które pod warstwą komercyjno-hedonistycznego lukru kryje straszną zgniliznę i rozpad wszelkich norm.

Dużym plusem jest staranna i niespieszna budowa postaci. Odbywa się to kosztem przynajmniej setki dodatkowych stron i znacznego spowolnienia akcji w niektórych fragmentach, nie jest to jednak czas zmarnowany, bo charakteryzacja jest naprawdę wyśmienita. Tempo narracji w ogóle jest stosunkowo niespieszne jak na powieść z założenia czysto rozrywkową, dla mnie to akurat dodatkowy plus, bo zawsze byłem zwolennikiem potężnych, ciągnących się w nieskończoność tomów.


Tak więc mistrz po raz kolejny mnie nie zawiódł. Nie jest to na pewno książka tak powalająca jak kultowe “Lśnienie”, nie wspominając już o serii o Rewolwerowcu, niemniej jednak na mocną piątkę jak najbardziej zasługuje. 

Moja ocena: 5/6

piątek, 11 kwietnia 2014

Klasyka dobra na wszystko. Aleksander Dumas "Trzej muszkieterowie".

Aleksander Dumas (ojciec). "Trzej muszkieterowie".

data pierwszego wydania: 1844 r.
stron: 786
przeczytane: dawno temu oraz 02.04.2014 r.

Tym razem coś z serii "powroty po latach". Aleksandra Dumas uwielbiam i prawdziwy szok przeżyłem, kiedy przypomniałem sobie, kiedy ostatnio miałem okazję czytać cokolwiek jego autorstwa. "Wicehrabia de Bragellone" - to musiało być jakieś 10-12 lat temu. "Trzej muszkieterowie" - ups, chyba minęło już ponad 15 wiosen od tego czasu. To zazwyczaj na tyle długo, żeby w pamięci został tylko ogólny zarys fabuły i bohaterów, jednak w tym przypadku do gry włącza się szeroko pojęta popkultura, która o losach muszkieterów króla Ludwika XIII przypomina nam na każdym kroku. Filmowych adaptacji tej słynnej powieści można naliczyć spokojnie kilkanaście, do tego dodajmy wersje animowane dla młodszej publiczności. Każdemu wydaje się, że losy Atosa, Portosa, Aramisa i d'Artagnana (przecież sam tytuł wskazuje że jest ich czterech, prawda...?) zna dobrze - ale weźcie głęboki oddech i zastanówcie się czy aby na pewno.

Z uwagi na fakt, że kinowe wersje potrafią odbiegać od książki dość znacząco, można zaobserwować coś całkiem zabawnego - wiele osób nie pamiętających lub nie znających oryginalnej fabuły przekonanych jest, że muszkieterowie stanowią wzór wszelkich cnót rycerskich, stają w obronie króla i praw, dbają o honor niewiast, nie przeklinają i ogólnie dobrze się prowadzą. Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego, do tego w tle pompatyczna muzyka. A tu jednak niespodzianka. Powieść przedstawia naszych herosów w zupełnie innym świetle, stanowiąc w dużej mierze satyrę na panujące na początku siedemnastego stulecia obyczaje.

Tak więc zgodnie z pierwowzorem główni bohaterowie to prawdziwa zbieranina typów spod ciemnej gwiazdy. W ich hierarchii wartości czołowe miejsca zajmują przede wszystkim jedzenie, wino, pieniądze, eksluzywne stroje i kobiety - kolejność w zasadzie jest dowolna. Przemoc nie jest im obca, co więcej sami chętnie szukają zaczepki, po to by móc nadziać kogoś na szpadę. Są amatorami cudzych żon i nie pogardzą również cudzym majątkiem. Swoich służących regularnie poniewierają tudzież biją. Kobiety traktują w ekstremalnie seksistowski i instrumentalny sposób. Generalnie lista przewinień jest naprawdę długa, gdyby przenieść książkę w realia współczesne, to muszkieterów mogliby zastąpić z powodzeniem przysłowiowi "chłopcy z beemki", tudzież jakaś inna odmiana bananowej młodzieży. Historia kończy się samosądem i zabójstwem z premedytacją, co zgrabnie podsumowuje wszystkie spektakularne dokonania czterech śmiałków. Cóż - dla mnie bomba, nigdy nie byłem fanem cukierkowych czarno-białych realiów.

Jeśli zaś chodzi o szeroko pojęte walory literackie - test wypadł pozytywnie. Trochę obawiałem się konfrontacji z książka, którą zachwycałem się w dzieciństwie - często w takiej sytuacji wspomnienia i rzeczywistość mijają się szerokim łukiem, niczym w rozważaniach poprzedniej generacji na temat życia w PRL. Na szczęście "Trzej muszkieterowie" to po prostu obiektywnie dobra powieść. Fabuła jest ciekawa i bardzo absorbująca, chociaż oczywiście w wielu miejscach nieco naciągana - ale to w końcu pradawny odpowiednik hollywoodzkiego kina akcji. Styl w jakim pisze Dumas mocno trąci myszką, czego należałoby się racjonalnie spodziewać po książce liczącej sobie bez mała 150 lat. Nie jest to jednak rażąco archaiczny sposób pisania, ot pewne smaczki, które od czasu do czasu przypominają nam że mamy do czynienia z dziełem powstałym w czasach, kiedy Napoleon Bonaparte nie zdążył jeszcze stać się postacią historyczną. Muszkieterowie zestarzeli się więc bardzo dobrze i w konfrontacji ze współcześnie wydawanymi awanturniczymi opowieściami wypadają świetnie. Wspomnę tylko dla porządku, że kolejne części cyklu ("Dwadzieścia lat później" i "Wicehrabia de Bragellone") są jeszcze lepsze, wręcz fenomenalne.

Moja ocena: 5/6




środa, 2 kwietnia 2014

Przygód degenerata ciąg dalszy. Dan Abnett & Mike Lee "Bloodstorm".

Dan Abnett & Mike Lee "Bloodstorm"
(The chronicles of Malus Darkblade #2)

data pierwszego wydania: 27.12.2005 r.
stron: 413
przeczytane: 23.03.2014 r.

Całkiem niedawno miałem wielką przyjemność opisywać pierwszy tom tej zaskakująco dobrej serii - recenzja TUTAJ. Zaskoczenie bierze się stąd, że tzw. "fluff", czyli - mocno uogólniając - książki pisane jako rozwinięcie uniwersum znanego z gry komputerowej czy planszowej, to zazwyczaj literatura lotów co najwyżej średnich, a i to w rzadkich przypadkach. Tymczasem "Kroniki Malusa Darkblade" to fantasy trzymające doskonały poziom. Dzieje się tak po pierwsze za sprawą niezwykle wciągającej fabuły - powieść drogi w połączeniu z realiami Warhammera i niezwykle dynamicznym tempem narracji to mieszanka wybuchowa. Nie mniej istotny jest fakt, że autorzy "Bloodstorm" zdecydowanie znają się na swojej robocie, piszą barwnie i po prostu ładnie, co w tych rejonach gatunkowych jest w miarę rzadkim zjawiskiem.

Malus Darkblade, nasz tytułowy anty-bohater, kontynuuje rozpoczętą w pierwszym tomie przygodę. Tym, którzy jeszcze nie zapoznali się z "The Daemon's Curse" nie chcę psuć zabawy, więc powiem tylko, że historia dotyczy poszukiwań kilku magicznych artefaktów, na których zdobycie Malus ma naprawdę niewiele czasu... Jeśli nie zdąży, czeka go los milion razy gorszy od śmierci. Pierwszy z tych tajemnicznych przedmiotów ukryty jest na wyspie, która dziwnym trafem stanowi siedlisko kultystów chaosu, siejących postrach na okolicznych morzach. Jak przebić się przez ten zabójczy kordon? I jakie inne pułapki kryje wyspa? Skąd wziąć flotę, która pozwoli na zorganizowanie tak niebezpiecznej misji? I jak przetrwać intrygi, które oplatają Hag Graef? Otaczają one miasto mrocznych elfów niczym ciasna pajęczyna, a Darkblade jak na złość zawsze trafia w sam środek tego splotu.

Mamy więc pełnokrwistą powieść akcji. Moja żona zawsze mówi, że są to książki "dla chłopców" - w dużej mierze ma rację. Jeśli oczekujecie dogłębnej analizy psychiki bohaterów oraz skomplikowanych relacji interpersonalnych to czym prędzej uciekajcie. Jeśli jednak macie ochotę na trochę bezpretensjonalnej rozrywki opartej o spektakularne sceny bitew czy pościgów, to gorąco zachęcam - w tej kategorii książka zdobywa zasłużone "pięć plus".

Moja ocena: 5+/6



poniedziałek, 17 marca 2014

W poszukiwaniu mrocznych doznań. Michelle Paver "Cienie w mroku".

Michelle Paver "Cienie w mroku"
oryg. "Dark Matter"

data pierwszego wydania: 01.09.2011 r.
stron: 252
przeczytane: 15.03.2014 r.


Współczesna kultura masowa zaaplikowała nam bezlitośnie skuteczne znieczulenie. Straszne filmy, brutalne gry i prześciganie się w epatowaniu grozą – to wszystko sprawiło, że nowe treści odbieramy w nieco rozmyty sposób i to, co przerażało naszych dziadków albo rodziców odbieramy wyłącznie jako "nastrojowe" i "klimatyczne". Próg bólu przesuwa się coraz dalej i tym samym coraz trudniej o dobry horror. A już najbardziej pod górę mają książki, które nie mogą sięgnąć po proste, efekciarskie triki możliwe do zastosowania w bardziej nowoczesnych mediach. 


Niestety cierpię z tego powodu od niepamiętnych czasów – po prostu okropnie ciężko mnie nastraszyć. W moich nowożytnych dziejach jestem sobie w stanie przypomnieć właściwie tylko jeden przypadek, gdzie komuś się to udało. Jest otóż sobie pewna gra komputerowa zatytułowana “Amnesia – The Dark Descent”. Polecam ją wszystkim gruboskórnym, jest iście szatańska. Ministerstwo zdrowia powinno jej zakazać ze względu na ryzyko zawałów i chorób psychicznych. Polecam ale na własną odpowiedzialność. 

OK, tyle o grach, co z literaturą? Tu jest już gorzej. Podobało mi się “Lśnienie”, jestem wielkim fanem Lovecrafta, lubię też Barkera czy .... Ale właśnie – lubię, podobało. Żadna z tych książek nie wywołała u mnie nawet dreszczyka emocji, chociaż oceniam je obiektywnie bardzo wysoko i miałem gigantyczną frajdę z ich czytania. Czy jest więc jeszcze jakakolwiek nadzieja? Szczerze mówiąc wątpię, co wcale nie przeszkadza mi w testowanu kolejnych mrocznych opowieści. Tym razem (zupełnie przypadkowo – takie to uroki Amazona) na warsztat trafia “Dark matter” autorstwa Michelle Paver. 

Do zakupu tejże książki skusił mnie fakt, że opowiada ona o losach pewnej arktycznej wyprawy. Uwielbiam zimę i trzaskający mróz – to po pierwsze, po drugie wydaje mi się, że skutem wiecznym lodem odludzia północy, gdzie słońce nie wstaje przez kilka miesięcy w roku, to idealna scenografia dla horroru. Co prawda jakiś czas temu miałem okazję czytać “Terror” Dana Simmonsa (moja opinia tutaj), tam fabuła również toczy się daleko za kołem podbiegunowym, ale z różnych przyczyn jest to książka dość kiepska. Tym razem na szczęście udało się! Autorka stanęła na wysokości zadania i doskonale oddała atmosferę bezdusznej pustki, gdzie jest tylko lód, skały i wiatr. Powieść traktuje o zorganizowanej w 1937 roku ekspedycji na Spitzbergen, w której skład wchodzi trzech młodych Brytyjczyków. Jeden z nich, Jack Miller, przedstawiciel społecznych nizin, gnany w świat przez potrzebę zmiany swojego niezbyt udanego życia, bardzo chce sobie jak i swoim lepiej sytuowanym towarzyszom udowodnić, że można na nim polegać i że odwagi mu nie brak. Dlatego kiedy pojawiają się nieoczekiwane komplikacje grożące niepowodzeniem całej wyprawy, nasz bohater decyduje się pozostać sam w badawczej stacji na Gruhuken i doprowadzić projekt do pomyślnego końca. 

Mamy więc obóz na krańcu świata. Mała drewniana szopa, w niej posłania, piecyk, kilka podstawowych mebli, zapasy żywności i inne akcesoria. Wokół setki kilometrów niczego – śnieg, lód, woda, skały. Na zewnątrz chatki jedyni towarzysze – psy pociągowe. Zapada polarna noc i wszystko pogrąża się w absolutnej ciemności. Członków ekspedycji niepokoją ich dziwne sny, niepokoją ich tajemnicze i niejednoznaczne ostrzeżenia przekazywane przez norweskiego wilka morskiego. Prawdziwe problemy zaczynają się jednak, gdy Miller pozostawiony sam sobie na odludziu odkrywa, że ma tajemniczego gościa... To tak w uproszczeniu. Fabuła jest naprawdę ciekawa, napięcie budowane w doskonały sposób a zakończenie nie pozostawia niedosytu.

Tak więc pomimo mojej już chyba nieuleczalnej znieczulicy książka zrobiła na mnie bardzo pozytywne wrażenie, niejednokrotnie wywołując przyjemny dreszczyk emocji. Polecam!

Moje ocena: 5/6 

piątek, 14 marca 2014

Warhammerowe smakowitości. Dan Abnett & Mike Lee "Daemon's curse".

Dan Abnett, Mike Lee "Daemon's curse"
(The chronicles of Malus Darkblade #1)

data pierwszego wydania: 07.06.2005 r.
stron: 414
przeczytane: 13.03.2014 r.

Wyimaginowany świat Warhammera narodził się w pierwszej połowie lat 80., początkowo jako tło dla figurkowej gry bitewnej by chwilę później ewoluować również w "papierowy" system roleplaying. Grupka kreatywnych Anglików, w których głowach zakiełkowała wizja Starego Świata, Imperium i czterech pragnących absolutnej dominacji potężnych bogów chaosu, nie spodziewała się wtedy na pewno, że ich twór stanie się kultowy i że wokół Warhammera wyrośnie niemal cała gałąź przemysłu, trzymana obecnie w garści przez giełdową spółkę Games Workshop.

Realia Warhammera to dość klasyczne fantasy z środkiem ciężkości przesuniętym zdecydowanie w mroczną stronę. Autorzy systemu nie szukali za wszelką cenę oryginalności, w wielu aspektach czerpiąc z chociażby Tolkiena a geografię opierając o rzeczywisty układ kontynentów. Jednak poprzez maniakalne wręcz zamiłowanie do historycznych, religijnych i kulturowych szczegółów stworzyli wspaniały i unikatowy świat, idealnie wręcz nadający się do snucia bezpretensjonalnych przygodowych opowieści. Nic dziwnego więc, że powstało wiele książek, których akcja rozgrywa się w przeróżnych rejonach Starego Świata. Na obecną chwilę jest ich lekko licząc ponad siedemdziesiąt, mocno zróżnicowanych pod względem poziomu literackiego. Część z nich to miernej jakości pulp fantasy, w tym przypadku mamy jednak do czynienia z prawdziwym rodzynkiem.

Głównym bohaterem książki jest osobnik o wdzięcznym imieniu Malus Darkblade. Należy on do rasy mrocznych elfów, charakteryzującej się wyjątkowym okrucieństwem, zamiłowaniem do przemocy, tortur i skrytobójczych gier. A więc tym razem będziemy obserwować wydarzenia z perspektywy "tego złego" – interesująca odmiana. Darkblade pochodzi z najwyższych kręgów elfickiej szlachty, jednakże jako najmłodszy syn i do tego bękart, zajmuje delikatnie mówiąc niekorzystną politycznie pozycję. Nasz heros opętany jest jednak żądzą władzy oraz zdominowania lub zgładzenia stanowiącego konkurencję rodzeństwa. Aby osiągnąć ten cel, podejmuje niebezpieczną wyprawę mającą na celu zdobycie kontroli nad pewnym magicznym artefaktem. A więc fabuła niczym z Conana Barbarzyńcy, całość opakowana w formę powieści drogi. Malus wraz ze swymi sojusznikami przemierza mroczną i niepokojącą krainę mrocznych elfów oraz wynaturzone i niebezpieczne Pustkowia Chaosu, tocząc po drodze krwawe bitwy, rozwiązując zagadki, intrygując, zwiedzając tajemnicze ruiny, uciekając przed pogonią – jednym słowem ma pełne ręce roboty. Akcja podąża w zawrotnym tempie od jednej przygody do drugiej, nie dając czytelnikowi nawet chwili oddechu. Zakończenie jest dość zaskakujące i ciekawe, a co istotne – otwiera drogę do kolejnych czterech tomów opowieści za które ja już czym prędzej się zabieram.

Tyle moich bynajmniej nie obiektywnych zachwytów – jako zdeklarowany miłośnik wszystkiego co z Warhammerem związane nie mógłbym tej książce wystawić innej oceny niż "bardzo dobra". Czy jednak jest to dobra powieść dla kogoś niewtajemniczonego? To miłe zaskoczenie, ale raczej tak. Co prawda w literaturze tego typu brak tak zwanej ekspozycji – autor słusznie zakłada że 99.9% czytelników będzie wiedziało jaki stwór kryje się pod nazwą “cold one” albo kim są Bretończycy – jednak w tym konkretnym przypadku nacisk położony jest na akcję i nieznajomość realiów nikogo nie dyskwalifikuje, poza tym wiele rzeczy da się wywnioskować z kontekstu. Mogę więc śmiało polecić powieść każdemu kto ma ochotę spróbować “prawdziwej” fantastyki – takiej z magią i mieczem.

Moja ocena: 5+/6


sobota, 18 stycznia 2014

Bez względu na wszystko. Cormac McCarthy "Droga".

Cormac McCarthy "Droga"

data pierwszeg owydania: 26.09.2006 r.
stron: 301 (edycja cyfrowa Amazon)
przeczytane: 18.01.2014 r.

Tym razem zacznę trochę nietypowo. Chciałbym nawiązać do innej niż literatura dziedziny sztuki, a mianowicie do gier komputerowych, które współcześnie chyba każdy już za sztukę bezdyskusyjnie uznać powinien. Tak się składa, że w połowie 2013 roku ukazała się konsolowa superprodukcja zatytułowana “The Last of Us”, która moim zdaniem wyznacza nowe standardy pod bardzo wieloma względami i szczerze polecam się z nią zapoznać. Gra traktuje o losach cynicznego, brutalnego faceta w średnim wieku, który w wyniku szeregu niefortunnych zdarzeń zostaje opiekunem kilkunastoletniej dziewczynki, z która krok po kroku nawiązuje ojcowską relację. Nie było by w tym może nic specjalnie oryginalnego ani odkrywczego, gdyby nie fakt, że historia ma miejsce dwadzieścia lat po tym, jak świat został praktycznie zgładzony przez pewną podstępną chorobę. Na jego gruzach dzieją się rzeczy wręcz potworne, które każą sobie zadać pytanie, czy warto w ogóle ratować to, co z ludzkiej cywilizacji zostało?

Wspominam o tym dlatego, że książka McCarthy'ego jest pod wieloma względami łudząco podobna – tak naprawdę w dużej mierze stanowiła inspirację dla twórców elektronicznego hitu. “Droga” opowiada o mężczyźnie, który wraz ze swoim bardzo małym jeszcze synkiem przemierza martwe pustkowia w poszukiwaniu... no właśnie, czego? Nasi anonimowi bohaterowie (nigdy nie poznajemy ich imion) podążają zrujnowaną drogą na południe tego, co dawnej było terytorium USA, mając nadzieję że na końcu podróży znajdą cokolwiek, coś co pozwoli im nie oszaleć. Ze wszystkich stron otacza ich pustka – gruzy, zgliszcza, uschnięte i spalone rośliny a przede wszystkim wszechobecny pokrywający wszystko i unoszący się w powietrzu popiół. Co się właściwie stało? Wojna atomowa? Jakiś naturalny kataklizm, meteoryt? Nie wiadomo. Taka właśnie jest forma tej powieści, tajemnicza i zmuszająca do tego żeby pewne rzeczy zgadywać i samemu sobie dopowiadać. Czasy “przed” poznajemy tylko w krótkich i zamazanych retrospekcjach, które niewiele wyjaśniają - może oprócz jednego, bardzo mocnej i bardzo istotnej sceny samobójstwa żony naszego bezimiennego mężczyzny.

Jest to zupełnie inna książka postapokaliptyczna niż chociażby “Bastion” Kinga czy “Przejście” Cronina. Nie mam na myśli nawet formy, która jest bardzo istotna i o której za moment. Chodzi mi o o ogólny klimat i przesłanie. W dotychczas mi znanej literaturze tego nurtu pojawiali się bohaterowie źli i dobrzy, jakiś cel, walka dobra ze złem, nadzieja. Tutaj nie ma niczego, tylko popiół i ruiny, i tak aż do samego końca, który może przynosi jakieś niewielkie światełko w tunelu ale czy na pewno? Nie ma bohaterskich pionierów, którzy próbują na gruzach zbudować utopię. Są tylko ludzie którzy zjadają innych ludzi, strzelają do nich (na wszelki wypadek albo w celach kulinarnych) albo w absolutnie najlepszym przypadku omijają się szerokim łukiem. Świat umarł i to już koniec. Przygotujcie się więc naprawdę na mroczną i depresyjną opowieść, nie żartuję, ostrzegałem.

Wracając do formy, która gdzieś tu nam się już przewinęła. “Droga” jest napisana w nietypowy, bardzo nietypowy sposób. Na usta ciśnie mi się od razu słowo “postmodernistyczny”. Styl jest minimalistyczny, pozbawiony jakichkolwiek ozdobników, nawet tych najprostszych. Nie ma też prawie w ogóle przecinków, dialogi nie są ujęte w cudzysłów, w wersji angielskiej niemal brak apostrofów. Zdania są krótkie, a wypowiedzi składają się z dwóch, trzech wyrazów – zwięzłe treściwe komunikaty. Tak właśnie to z grubsza wygląda. I w tym punkcie zdania na temat “Drogi” są mocno podzielone, jedni twierdzą że to przejaw geniuszu, inni że bufonady, tudzież taniego efekciarstwa. Ja będę książki twardo i zdecydowanie bronił – uważam że tej konkretnej historii nie dało się napisać w żaden inny sposób, surowa i nowoczesna stylizacja jest tutaj kluczowym elementem, daje efekt monotonii i podkreśla szarość, nijakość świata, który poznajemy. Na pewno nie każdemu się taki fason spodoba. Ja na początku miałem – przyznaję się - lekkie wątpliwości ale po trzydziestu czy czterdziestu stronach nagle coś wskoczyło na swoje miejsce i dalej nie mogłem się już oderwać - całość została pochłonięta w jeden dłuższy wieczór. 

Niewiele zastrzeżeń czy wad przychodzi mi do głowy. "Droga" to doskonała książka i w moim prywatnym rankingu na obecną chwilę obejmuje prowadzenie w kategorii "postapokalipsa". 

Moja ocena: 5+/6



czwartek, 16 stycznia 2014

Serial z niespodzianką. Fiodor Dostojewski "Idiota".

Fiodor Dostojewski "Idiota"

data wydania: pierwsza publikacja 1869 r.; grudzień 2009 r. (e-book)
stron: 684
wydawca: Zielona Sowa
przeczytane: 15.01.2014 r.

“Idiota” to powieść obyczajowa... ale jedyna w swoim rodzaju. Są romanse (mnóstwo romansów), salonowe intrygi, skandale i interesy... Obserwujemy je jednak oczami szalonego mistrza psychologii, który uwielbia nurzać się w brudach ludzkiego charakteru. To trochę tak, jakby kolejny sezon jakiegoś brazylijskiego tasiemca o sercowych rozterkach zbuntowanej Dolores powierzono do zrealizowania, dajmy na to, Darrenowi Aronofskiemu. Efekt byłby prawdopodobnie dosyć szokujący i na pewno ocierający się o geniusz.

Właśnie tak jest z “Idiotą”. Fabuła lawiruje wokół skomplikowanych damsko-męskich relacji. Nasz tytułowy bohater, czyli książę Lew Nikołajewicz Myszkin, powraca do Rosji z kuracji w szwajcarskim uzdrowisku, aby uporządkować swoje sprawy majątkowe. Szybko zostaje uwikłany w subtelne gierki bogatych i zblazowanych ludzi, jednak kompletnie nie umie się odnaleźć, jako że z natury jest łatwowierny, szczery, altruistyczny i głęboko przekonany o fundamentalnej dobroci całego świata, a do tego cierpi na epilepsję i spore rozchwianie emocjonalne. Na jego drodze staje Nastazja Filipowna – szalona i demoniczna kobieta, której scharakteryzowanie zabrało Dostojewskiemu istotną część tej książki, w związku z czym ja się go w tym miejscu nawet nie śmię podjąć. Dodajmy do tego niezrównoważonego, mrocznego i na wskroś rosyjskiego Parfiona Rogożyna i w efekcie powstaje wybuchowy trójkąt, który staje się punktem wyjścia dla całego obszernego dzieła.

Bohaterowie są dokładnie tacy, jak należałoby się tego po Dostojewskim spodziewać – wielowymiarowi i oddani w najdrobniejszych szczegółach. Pierwszoplanowi, których grono jest swoją drogą naprawdę szerokie, staną się wam bliscy jak przysłowiowa “własna matka”. Autor wręcz delektuje się każdą ich myślą i gestem. Postaci o charakterze drugoplanowym czy epizodycznym siłą rzeczy mają do swojej dyspozycji mniej miejsca, są za to nakreśleni dynamicznie, zawsze z jakimś zapadającym w pamięć akcentem czy manierą. Prawdziwa wirtuozeria.

Pomiędzy popychaniem do przodu fabuły a zgłębianiem tajników psychiki rosyjskiej magnaterii pisarz znajduje dodatkowo, jak to ma w zwyczaju, niemało czasu na sprawy społeczno-psychologiczne. “Idiota” to książka, która nie jest nawet w połowie tak wypełniona dygresjami i rozważaniami na tematy rozmaite jak “Bracia Karamazow”, mimo to kilka bardzo istotnych spraw zostało mocno wyeksponowane. Obsesyjnie wręcz przejawia się motyw kary śmierci (Dostojewski w wyniku carskich represji za młodu sam o włos uniknął egzekucji, ciekawa to historia i zainteresowanym polecam zapoznanie się z biografią pisarza), są przemyślenia dotyczące ustroju i porządku społecznego (rodzące się w czasach powstawania powieści nurty socjalistyczne i anarchistyczne oraz reformy skostniałego caratu) oraz oczywiście religii.

Elementem o którym koniecznie trzeba wspomnieć jest humor. “Idiota” jest miejscami bardzo zabawny, jedna z początkowych scen, w której generałowa wraz z córkami zabawia się nieco kosztem niezręcznego towarzysko Myszkina, to jeden ze śmieszniejszych kawałków literatury jakie znam. Są to dowcipy oparte o cięty i żywy dialog, a więc takie, jakie lubię najbardziej. Humorystyczno-ironiczny charakter niektórych scen pełni jeszcze dodatkowe zadanie – tworzy mocny kontrast z rozdziałami, w których nikomu bynajmniej do śmiechu nie jest. Balansowanie na granicy kabaretu i tragedii autor opanowane ma doskonale. Z pewnością zwrócicie uwagę na ten fakt, gdy dobrniecie do sceny “niedoszłego samobójstwa” - fantastyczny, pełen napięcia fragment, w którym ironia miesza się z horrorem.

Czas jednak wspomnieć o istotnej w moim odczuciu wadzie. “Idiota” to powieść bardzo nieuporządkowana, gęsta, bałaganiarska wręcz. Dostojewski pracował nad nią w naprawdę trudnym okresie swojego życia, zmagając się z wieloma problemami osobistymi i chorobą – i to widać na każdym kroku. Książka składa się w większości z dialogów lub wewnętrznych monologów, które bohaterowie (w szczególności książę) prowadzą sami ze sobą, wypowiedzi te są chaotyczne, urywane, nierzadko tracące wątek, skaczące z jednej myśli na drugą, luźno powiązaną. Z jednej strony dodaje to realizmu – w końcu jest to historia o losach ludzi o dość pogmatwanej psychice – ale zarazem powoduje, że chwilami czyta się okropnie ciężko.

Biorąc powyższe wady i zalety pod uwagę, miałem zamiar dać “Idiocie” szkolną czwórkę, mocną, może nawet z plusem. Doceniam geniusz który nieraz przebija się przez ciężką w tym przypadku prozę Dostojewskiego, ale w pewnym momencie czułem się już po prostu zmęczony. Sytuacja wydawała się więc już klarowna, przesądzona wręcz, i wtedy nadeszło zakończenie... Nie powiem nic, najmniejszego nawet słówka, żeby nie popsuć nikomu niesamowitej satysfakcji z jednego z najbardziej spektakularnych finałów jakie sobie przypominam. Końcówka “Idioty” to cud, mistrzostwo. Można miejscami nieśmiało domyślać się do jakiej konkluzji zmierza cała opowieść, ale i tak nie sądzę, żebyście byli przygotowani w stu procentach na tak mocne uderzenie. Tak więc za finał – pełny dodatkowy punkt.

Moja ocena: 5/6